Dzień I, prolog
25.05.2026Wrocław - Rzeszów - Przylasek Hermanowa, kaplica Matki Bożej Studziańskiej
Do Rzeszowa kulam "Ślązakiem", ale z Wrocławia wyruszam z "planowaną" 10-cio minutową obsuwą. Klasycznie podczas jazdy mam kupę czasu na rozważania co mnie czeka. Najbardziej mnie martwi myśl, że przy trzecim przejściu trasa może wiać znużeniem. Zobaczymy, sobie myślę, początek trąci nowością i to niech będzie dobrą wróżbą. W zdrowiu docieram do Rzeszowa: Nie będzie dziwne, że po podróży dobry obiad należy się jak chłopu rola. Wbijam, apetyt i czas posiadam: Zamówiłem "obiad dnia". Po posiłku inaczej się myśli. Niebawem sielanka się skończy, opuszczam restaurację i idę na przystanek komunikacji miejskiej. Kulam stałym traktem: Melduję się na przystanku Piłsudskiego Urząd Wojewódzki. Dobrze się składa, za 6 minut wiozę się linią 31 do strefy zrzutu, żarty się kończą. Ponad dwa kwadranse jazdy i melduję się na miejscu. Orzeł wylądował! Z biciem serca witam stare śmieci, Biała k/Rzeszowa: W 2015 roku kończyłem ten jakże zacny szlak: Zaczynając przygodę ze Szlakiem Karpackim standardowo odwiedzam poprzednie miejsca mojego startu lub końca imprezy. Nie wyobrażam sobie pominięcia tego rytuału. Czas zatem na zdjęcie powitalne: Oficjalne otwarcie trzeciego przejścia Szlaku Karpackiego ogłaszam za otwarte. Ruszam na ulicę Rodzinną, czyli miejsce startu drugiego przejścia w 2022 roku. Stare oznaczenia szlaku nadal dobrze zachowane, co cieszy: Nie mogę się oprzeć wrażeniu, obym się mylił, ale dni tego domu są chyba policzone: Odbijam w lewo. Kufa, jakbym wczoraj tutaj był! Domów przybywa: Kolejny znak niebieski: Ostatni znaczek: I melduję się przy "Groszku": Wbijam na uzupełnienie płynów i wiktuałów. Spiżarnia uzupełniona. Z kefirem i bułką w grabie wyległem na zewnątrz sklepu celem się posilenia, po czym w drogę. Na ulicę Rodzinną mam "rzut kamieniem". Jestem na miejscu. Biała, ul. Rodzinna wita: Po kropce początkowej zostało tylko wspomnienie: A przecież niedawno, bo 16 maja 2022 roku zaczynałem z tego miejsca drugie przejście Szlaku Karpackiego: Ale wracam do rzeczywistości, żegnam ulicę Rodzinną z zamalowaną kropką początkową: Kulam w kierunku Tyczyna i dalej na Budziwój: Mijam rzekę Strug, prawy dopływ Wisłoka. Niniejszym bawię w Tyczynie, ale tylko chwilowo, bowiem za chwilę odbiję w ulicę Władysława Orkana => Budziwojska i jestem w Budziwoju, czyli najdalej wysuniętej na południe dzielnicy Rzeszowa. Docieram do skrzyżowania ulic Budziwojskiej i Jana Pawła II, odbijam w ulicę Sportowców. Robi się miło, rządzę na ul. Sportowców! W razie awarii możemy liczyć na spanko pod dachem w tym jakże zacnym "pustostanie": W zdrowiu docieram do ulicy Nadziei. Nie mogę sobie odmówić kefiru, smali bowiem na bogato: Dożyłem chwili uroczystej i jakże podniosłej, Przylasek wita: Melduję się przy kropce początkowej, czyli Przylasek ul. Jarzębinowa mówi dzień dobry: Po prawdzie, to jest właściwy początek imprezy. Jednakże gdybym nie odwiedził poprzednich miejsc, z których zaczynałem, czy też kończyłem, sumienie by mnie po prostu...dojechało :). Jako, że jest przed 18-stą, czas się rozejrzeć za noclegiem. Na dzisiaj wystarczy. Ruszam do kapliczki. Wcześniej pożegnanie z Rzeszowem: Jestem prawie na miejscu. Docieram do źródełka przed kapliczką: Ucinam sobie pogawędkę z tutejszym mieszkańcem, po czym ruszam na ostatni akord dzisiejszego dnia. Niebawem melduję się na miejscu pierwszego noclegu. Przylasek, Hermanowa i kaplica Matki Bożej Studziańskiej mówi dzień dobry: Tutaj z kolei spotykam pewne małżeństwo, z którym ucinam również dłuższą pogawędkę. Pogaduchy dobiegają końca, czas się rozpakować: Jako, że z tyłu kaplicy znajduje się źródełko, okoliczni mieszkańcy do ok. godziny 21.00 przychodzą po wodę. Widzę również, że nadchodzi ojciec z synem, to od tego małżeństwa, z którym gawędziłem. Okazuje się, że poza zaproszeniem na nocleg do ich domu dostałem również naleśniki i owoce:
Za zaproszenie na nocleg oczywiście bardzo podziękowałem, nie chcąc robić problemu, ale za naleśniki i owoce...w pas się kłaniałem :)) Na dzień dobry takie rzeczy! Kolacja była na bogato, owoce starczyły jeszcze na jutrzejsze śniadanie do serka wiejskiego :)). Są jeszcze dobrzy ludzie na tym łez padole. Po kolacji czas się kłaść spać, tym bardziej, że ptactwo do snu śpiewa. Dobranoc.
Dzień II
26.05.2026
Pogórze Dynowskie/Pogórze Przemyskie
Przylasek Hermanowa, kaplica Matki Bożej Studziańskiej - Bartkówka, taras widokowy
Pierwsza noc minęła wybornie. Ptasie trele zarówno kładły mnie do snu jak i budziły. Są to rzeczy tak genialne, że aż nie do opisania. Wczesnym rankiem lokalsi przychodzą do studzienki po wodę, zatem pora wstawać i szykować śniadanko. Jak wcześniej wspomniałem, wczorajsze owoce były do serka wiejskiego, wkroiłem jedynie połowę gruszki "ze swojego przydziału", potraktowałem ten luksus miodem, ugotowałem kakao i zasiadłem jak normalny biały człowiek do porannego posiłku: Po śniadaniu zwijam swój bałagan i od Pogórza Dynowskiego rozpoczynam przygodę ze Szlakiem Karpackim, w drogę! Ruszam nowym przebiegiem szlaku. Trasa wyznaczona mniej więcej równolegle do Szlaku Trzech Pogórzy. Pogórze Dynowskie po raz kolejny rozbija mnie w pył. Jest upalnie, kulam lasem: Początek trasy jest genialny, docieram do parkingu w Hermanowej. Nadal operuję w lesie, co wcale mnie nie przeszkadza. Niebawem docieram do zabudowań przysiółka miejscowości Straszydle, czyli Pogorzeliska: Za chwil parę Pogórze Dynowskie wprawi mnie w znakomity humor, powodem jest Kapliczka pod Lipą: Szlak skręca w prawo, mijam kolejną równie piękną i jakże kameralną: Chłonę garściami, w domu tego nie mam. Pogórze Dynowskie jest najlepsze :)) Następuje chwilowa przerwa z widokami bowiem schodzę do drogi asfaltowej przy skrzyżowaniu którego jest sklep spożywczy. Rządzę w Straszydlu: Jako, że jestem dobrze wyekwipowany w prowiant mimo wszystko zajrzałem, żebym później nie biadolił nad swoim losem, że był sklep i nie raczyłem nawet zajrzeć. "Pierwszy raz w życiu" nic nie kupiłem będąc w sklepie. Opuszczam sklep i ruszam przed siebie: Do twarzy mnie z widokiem na Pasmo Wilczego, czyli końcowy etap Szlaku Trzech Pogórzy: Nadal i wciąż pławię się w luksusie. Dynowski etap Szlaku Karpackiego, który w obecnej odsłonie jest dla mnie nowością i przyznaję, że ociera się o sztosik: Na chwilę odpoczynku czas się uwalić, nie daruję takiej okazji: Kwadrans później melduję się w Białce skrzyżowanie, normalnie mowę mnie odbiera: Krokiem równym i tempem miarowym zbliżam się do Błażowej: Schodzę do cywilizacji: "Bez mostek" przekraczam Ryjak i melduję się w centrum. Szukam sklepu, smaki mam na grejpfruta i makrelę wędzoną. Po zakupach uwalam się w cieniu na ławce. Czas coś przekąsić: Rybka pękła błyskawicznie. Grejpfrut również. Podczas tego przejścia owoc rzeczony był moim przysmakiem, sam byłem w szoku, nigdy takich zachcianek nie miałem :). Po posiłku ruszam dalej. Mijam przybytek, który najlepsze czasy ma już za sobą: Za chwilę skręcę w lewo - w strefę asfaltu - to Trakt Łańcucki i przerwę na picie zrobię w wiacie: Kulam wspólnie ze szlakiem zielonym relacji Wilcze - Nowa Wieś: Docieram do szlakowskazu, nieco dalej znajduje się wiata. Muszę zipnąć, bo spłonę: Wcześniej wbijam do leśniczówki Hyżne po wodę. Po odpoczynku ruszam dalej. Przemieszczam się w pięknych okolicznościach przyrody: Niebawem sielanka się kończy, trafiam na remont drogi. Miejsce znakomite na dryblingi: Przed białym budynkiem szlak wykręca w prawo przez tory i ponownie w las, tamże "małe pięć" się należy i za chwilę wyjdę na stary przebieg szlaku: Odpocznę w wiacie przystankowej, nomen - omen obcinam na kropę końcową szlaku zielonego, to Szlak Przemysko - Bachórski: Do Dynowa niby rzut kamieniem, a zmęczenie zaczyna doskwierać. Moim celem jest Biedronka. Smaki na grejpfruta czynią spustoszenie w mojej psysze. Wcześniej jednak odwiedzam Mauzoleum rodu Skrzyńskich w Dębinie: Nieopodal jest całkiem przyjemny staw, rozważałem nawet czy aby nura nie rzucić, odpuściłem. Melduję się w Bachórzu Brzozowskim: Myślami wracam do 2015 roku, wówczas dałem sobie przejazd Kolejką Wąskotorową Przeworsk - Dynów w ramach otwarcia imprezy tejże. Mam przeczucie graniczące z pewnością, że przejazd kolejką wąskotorową powtórzę w nieodległej przyszłości. Tymczasem kulam do Dynowa a konkretnie do Biedronki na grejpfruta i inne frykasy. Nawodniony wbijam do Rynku w Dynowie: Chwilę tutaj marudzę, bowiem po grejpfrutowej uczcie poszedłem na lody, itd. Siedząc na ławce rozważam nocleg w Dynowie. Niestety, "Oberża" w której kimałem po zakończeniu przejścia Szlaku Trzech Pogórzy w 2016 roku to już pieśń przeszłości i poza drożyzną pozostaje namiot na tarasie widokowym, do którego mam ok. godzinę marszu. Ciężko dupę podnieść z ławki, ale mam szansę dotrzeć na miejsce jeszcze za dnia. Ruszam! Docieram do ważnego miejsca, chodzi o rzekę San, czyli granica Pogórza Dynowskiego i Pogórza Przemyskiego. Atakuję rzekę "bez most":
Zostawiam Pogórze Dynowskie i wtaczam się w Pogórze Przemyskie, mimo zmęczenia jest moc! Z językiem przyklejonym do podniebienia docieram na miejsce kolejnego noclegu, jestem na tarasie widokowym w Paśmie Kruszelnicy. Wszystko jest super, ale wieje. Idzie na zmianę pogody. Chwilę się motam z rozbiciem namiotu. W końcu dom stoi, szybka kolacja i ląduję w puchu przebrany w suchą wełnę. Dobranoc.
Dzień III
Pogórze Przemyskie
27.05.2026
Bartkówka, taras widokowy - Pasmo Kopystańki
Spałem dobrze. Nocleg w tym miejscu był na mojej liście życzeń. Ważne jest dla mnie również to, że nie kimam w tych samych miejscach. Czas wstawać i kości rozprostować. Widok tenże zawsze koi moje zszargane nerwy:)) Pogoda jest piękna, ale niestety wieje nadal. Z tego też powodu nie kombinuję ze śniadaniem, a wodę na herbatę gotuję w przedsionku namiotu. Śniadanie dzisiaj będzie na lekko: Po śniadaniu pakuję bajzel i ruszam. W drodze na Pasieki spotykam gościa, który kimał pod namiotem w lesie. Docieram na miejsce, Pasieki 451 m n.p.m.: Niebawem dotrę do miejsca noclegu w 2022 roku: "Kwadrat" ma się dobrze, uwaliłem się na pięć minut i w drogę! Warunek zaczyna się psuć, jest duszno. W Pracówce uzupełniam wodę i obcinka na kościół pw. św. Jana Kantego: Przede mną 3 godziny marszu do Sufczyny. Pogoda zagęszcza się gwałtownie, na bank będzie padać. No i masz, wykrakałem! Przelotny opad łapie mnie w lesie. Chronię się zatem pod rozłożystym bukiem, celem przeczekania. Niniejszym rządzę w Masywie Piaskowej. Dodatkowy problem u mnie tkwi w tym, że zapomniałem zabrać z domu worka przeciwdeszczowego na plecak. Docieram do miejsca Nad Kotowem 444 m n.p.m., spotkałem się też z nazwą Dział nad Kotowem: Czas na dogrywkę, czyli kolejny opad przede mną. Nie, nie...nie wywinę się: Po kolejnym opadzie nadchodzi chwila ze słońcem. W drodze do Sufczyny spotykam gościa, który przemierza Szlak Karpacki z kierunku odwrotnego, czyli z Grybowa: To Rafał Paszkowski, który prowadzi kanał na YT Szlakiem z Paszczakiem. Chwilę oczywiście pogadaliśmy i w dobrych humorach żegnamy się. Przede mną Sufczyna: Zbliżam się do rzeki Stupnica. Czas na kąpiel, nie daruję! Po kąpieli zarządzam przerwę na obiad. Z nowymi siłami przekraczam mostek: Ląduję w wiacie przystankowej. Zanim zacznę gotować, idę po wodę naprzeciwko. Na obiad kuchnia wydała makaron w zestawie. Tak można żyć: Po obiedzie nieco zregenerowany i wykąpany ruszam dalej. Huta Brzuska na mnie czeka. Przede mną kolejne podejście. Zostawiam kolejne pasmo: Jeszcze chwila i wypas nad wypasy: Schodzę do Huty Brzuskiej. Mijam budynek dawnej Szkoły Podstawowej: Na "małe 5" ląduję w wiacie przystankowej: To mój stały punkt odpoczynku na Szlaku Karpackim. Obok wiaty przystankowej stoi piękna "kolibka". Ma się zupełnie dobrze: Przede mną podejście na górę Piasek 417 m n.p.m., czyli ostatnie wiaderko potu i już za chwilę, już za momencik, ostatni akord dnia trzeciego. Uwielbiam ten widok: Dożyłem chwili, że z przyjemnością będę nocować w miejscu tak wybornym. Taki pokój z widokiem bardzo mnie pasuje: Rozbity jestem w terenie należącym do Pasma Kopystańki, trudno! Piję herbatkę w trawie uwalony. Zanim odpłynę dzwonię do recepcji hotelu w Krasiczynie celem zarezerwowania pokoju. Miła recepcjonistka informuje mnie, że jest wolny pokój i czekają na mnie jutro. Kończy się trzeci dzień wędrówki:Odpływam. Zasypiam z uśmiechem do ósemki, której nota bene nie posiadam :). Dobranoc.
Dzień IV
28.05.2026
Pasmo Kopystańki - Zamek Krasiczyn
Spanie mam dobre. Z namiotu wylegam grubo po wschodzie słońca. Dzień dobry Pogórze Przemyskie! Dzisiejszy dzień będzie krótszy. Powód jest może banalny, ale dla mnie wielce istotny. Zamek w Krasiczynie, przechodniem być i nie uwalić się na nocleg?? Nie, nie, to zajeżdża profanacją. Ogarniam się, czyli śniadanko następnie pakowanko i ruszam. W ramach rozruchu dam se rezerwat przyrody "Mur Krzeczkowski". Akt ustanowienia rezerwatu podpisano 6 grudnia 2024 roku. Docieram do celu: Wychodnia skalna uchodzi za jedną z najciekawszych na Pogórzu Przemyskim. Chwila odpoczynku się należy. Na miejscu biwakowym kima gość, którego spotkałem w drodze na Pasieki: Wracam do szlaku i schodzę do Krzeczkowej. Melduję się w wiacie, w centrum wsi: Wersalką jestem poruszony. Jako, że czasu mam od groma, "małe 5" się należy. Zbieram się do Olszan: Czeka mnie kolejna zmiana przebiegu szlaku. Otóż w starej wersji przebiegu, szlak wiódł przez Popielową Górę 363 m n.p.m., która oferowała godne widoki/fot. z przejścia NSK 2022 rok/: Obecnie szlak wiedzie jej zboczem. Pora schodzić do Olszan: Ten odcinek trąca hardcore'm. Wiadomix, że pokrzywy są zdrowe, zatem wybatożony w pokrzywach zbliżam się do boiska w Olszanach, kimałem tu m.in. w 2022 roku: I tutaj kolejne pozytywne zaskoczenie. Na miejscu mojego dawnego biwaku postawili wiatę! Do Krasiczyna niedaleko zatem nie ma się co śpieszyć. Kulam do sklepu spożywczego w Olszanach. Stary sklep usytuowany w domu jednorodzinnym się zawinął, nowy znajduje się nieco dalej przy drodze. Uwaliłem się na dłuższą chwilę. Posilony nieco zadzwoniłem do Krzysztofa z kanału I gdzieś tam się idzie Wypoczęty opuszczam lokal. Mijam "drogowskaz": Przekraczam San: I odbijam do Krasic. Odwiedzę drewnianą cerkiew pw. św. Michała Archanioła z 1899 roku: Udało się wejść do środka: Mam obawy co do tego obiektu, cerkiew po prostu niszczeje. Wracam do szlaku. Łoję do Krasiczyna: Melduję się w Korytnikach: Odwiedzam sklep spożywczy w którym zrobiłem sobie sjestę w 2022 roku i niestety, sklep się "wywrócił": Ja już prawie w Krasiczynie. Ponownie przekraczam San: I proszę bardzo, jestem u celu: Czwarty dzień wędrówki podsumuję noclegiem w zamku, kto biednemu zabroni? Instaluję się w pokoju wozowni. Klamota zrzucam w pokoju i pierwsze to muszę rzucić nura! Dzisiaj śpię w białej pościeli. Po kąpieli wyskoczyłem do sklepu na zakupy i na obiadokolację poszedłem do restauracji zamkowej. Po posiłku uciąłem sobie pogawędkę z recepcjonistką i okazuje się, że w zamku również są "komnaty" dla gości. To dobrze wróży na przyszłość. Czas wolny spożytkowałem na przechadzce po parku: Zamek robi na mnie ogromne wrażenie. W przewodniku Stanisława Krycińskiego "Pogórze Przemyskie" jest napisane, że to jedna z najwspanialszych rezydencji magnackich w kraju. Kufa, ja to "kupuję": Wracam na pokoje. Pora się kłaść, oczy mnie się kleją. Śnić będę o noclegu w komnacie zamkowej:Dobranoc.
Dzień V
29.05.2026
Zamek Krasiczyn - Kalwaria Pacławska, Dom Pielgrzyma "Ostoja"
Kimane było po królewsku. Kolejnym plusem dodatnim jest fakt, że w cenę noclegu mam wliczone śniadanie. Jako, że jest szwedzki stół, nie będę się hamować, ani myślę :)) Poszedłem po całości, oczywiście pasztet swojski poszedł z podwójną dokładką, poza tym, "skosztowałem" wszystkiego. Posilony i opity jak bąk wracam do pokoju i pakuję bajzel. Kolejna wizyta w Krasiczynie skutkować będzie noclegiem w komnacie zamkowej, tak już to mam zakodowane. Żegnam się z miłą obsługą i kulam na Garby 304 m n.p.m. i odbijam w las celem ogarnięcia fragmentów schronu Linii Mołotowa: Schodzę do Dybawki, po czym atakuję Prałkowską Górę 351 m n.p.m. i zaglądam do Fortu VII Prałkowce, obszar systemu fortyfikacji obronnej Twierdzy Przemyśl: Ruszam dalej. Dłuższą przerwę zrobię na Wapielnicy, do której powinienem dotrzeć za 1,5 godziny: Bawię się dobrze, pot z czoła ogarniam w miejscu z widokiem na Przemyśl: Niebawem żegnam Przemyśl: I ogromną przyjemnością ląduję na Wapielnicy 394 m n.p.m.: Zasiadam na małe co nieco. Z racji, że smali uzupełniłem płyny i ruszam do Kalwarii Pacławskiej, przede mną ponad 5 godzin drogi. Po drodze spotykam znak informacyjny: Uwielbiam takie klimaty. Mam w pamięci 2015 rok i pierwsze przejście NSK. W Koniuszy był podobny znak z informacją dojścia do Gruszowej: Tymczasem docieram do znanego i jakże lubianego miejsca odpoczynku: Chwila na wyrównanie oddechu, za chwilę odbiję na południe przez Dział na Szybenicę. To zalesiony odcinek, ale będzie wynagrodzone :)) Docieram na Szybenicę 496 m n.p.m.: Szybenica jest dla mnie miejscem wybitnym na szlaku. W takim warunku aż się prosi o biwak tutaj. Niestety, pora zbyt wczesna. To miejsce mam zapisane w pamięci, nie stać mnie na to, aby odmówić sobie nocleg na tym jakże honornym szczycie Pogórza Przemyskiego. Schodzę do Koniuszy. Do Kalwarii Pacławskiej zostaje mnie niecałe 3 godziny a ja melduję się przy cerkwi pw. Narodzenia Matki Bożej z 1901 roku: Szybenicy na do widzenia: Kulam do Gruszowej. W 2022 roku wybrałem wariant przez łąki, teraz dla odmiany zapodam "wg pacierza": Docieram do kolejnego miejsca, które mnie wzrusza, czyli kapliczka Skłonu i Pokłonu w Gruszowej: Naturalnie "duże 10" się należy. Koniec dzisiejszej wędrówki w zasięgu wzroku: Z łezką w oku obcinam na Kopystańkę: Na mnie pora. Teraz kierunek Huwniki. O, proszę, piszę i mam :)) W Huwnikach ląduję pod sklepem spożywczym. Jako, że smali na bogato zasiadam na kefir, banany i naturalnie grejpfrut! Ruszam na ostatnią prostą. Przekraczam Wiar: Za chwilę wyjdę na piękne łąki, po czym zejście na asfalt i...dostrzegam pierwsze czereśnie na szlaku! Gdyby nie płot, to może bym się "poczęstował", a tak, nie będę robić chlewu. Melduję się w Kalwarii Pacławskiej, mijam miejsce noclegu w 2022 roku: Wtaczam się do zespołu klasztornego Kalwarii Pacławskiej:Jestem w okolicy godziny 19-tej, jadłodajnia już zamknięta. Noclegu nie mam klepniętego. Jednak spotykam trzy kobiety, zapytałem o nocleg. Okazuje się, że jedna z tych pań, ogarnia temat znakomicie. Zadzwoniła do brata Macieja i za chwilę ląduję w Domu Pielgrzyma "Ostoja". W pokoju jestem sam, co bardzo mnie pasuje. Jak już się ogarnąłem wyszedłem na spacer. Chciałem wejść do kościoła, ale w związku z nabożeństwem odpuściłem. Pokręciłem się trochę i poszedłem na pokoje. Sen mnie łamie. Dobranoc.
Dzień VI
Pogórze Przemyskie / Góry Sanocko - Turczańskie
30.05.2026
Kalwaria Pacławska, Dom Pielgrzyma "Ostoja" - Dźwiniacz Dolny
Spanko było wyborne. Cała sala moja! Okazuje się, że kimałem w ramach Franciszkańskiego Roku Jubileuszowego, czyli 800 lecie śmierci św. Franciszka. Korzystając z okazji, rano również rzuciłem nura, bo nie wiadomo kiedy będzie okazja na kąpiel. Na śniadanko poszedłem do do jadłodajni. Najedzony i opity jak bąk opuszczam Kalwarię Pacławską. Szafa jest, ale "tragarza" wcięło jak Franka buty na budowie: W centrum Pacławia dawna remiza strażacka ze świetlicą jeszcze stoi: Kulam w kierunku Żytnego. Nagle podjeżdża do mnie Straż Graniczna, rutynowa kontrola dokumentów, chwila gawędy i w zgodzie się rozstajemy. Będę szedł nowym przebiegiem szlaku, o czym szlakowskaz mnie informuje: Docieram na Żytne 505 m n.p.m., wzniesienie genialne, po raz kolejny mam dobrą pogodę, czas zatem na "duże 10": Obcinam na Leszyczyny i Kanasin, moze kiedyś tam dotrę: Z Kalwarią Pacławska żegnam się do "następnej razy": Schodzę w Dolinę Parprotniańską. W drodze do przycerkiewnego cmentarza: Po drodze spotykam turystę. Chwilę idziemy razem i rozmawiamy o tym i o owym. Jedyna pamiątka po Paprotnie: W tym miejscu się rozdzielamy. Kolega potrzebuje chwili odpoczynku: Spotkamy się ponownie w miejscu odbicia żółtego szlaku na Suchy Obycz 616 m n.p.m., tym razem ja odpoczywam, po czym kulam do Arłamowa: Pot z czoła ogarnę na Wierchu, miejscu znanym sprzed czterech lat: Drugi oddech złapawszy ruszam przed siebie i niebawem wkroczę w kolejny zmieniony przebieg szlaku, który nie prowadzi już do Jureczkowej lecz do Kwaszeniny. Mijam Przełęcz pod Jamną 524 m n.p.m. i docieram do skrzyżowania, w którym szlak zielony kończy bieg. Rządzę w Paśmie Jamnej: Za chwilę wtaczam się na nowy przebieg szlaku. Przed Przełęczą Wecowską skręcam w lewo i schodzę do wsi Kwaszenina. Jest bardzo kameralnie. W Kwaszeninie: Przy drodze na parkingu potrzebuję wyrównać oddech. Zbieram się, przede mną Pasmo Roztoki z najwyższym szczytem pasma i uwaga, okazuje się, że również Pogórza Przemyskiego. Docieram do celu, Roztoka 642 m n.p.m.: Szczyt rzeczony zapisuję w pamięci jako przyszłe miejsce noclegowe, uczynię to choćby skały srały. Widoki z Roztoki :)) Łypię łapczywie na Kamienną Lawortę, to już Góry Sanocko - Turczańskie i temat na jutro. Z racji pory "mocno" obiadowej schodzę do Przełęczy pod Brańcową 538 m n.p.m., oddzielającą Pogórze Przemyskie od Gór Sanocko - Turczańskich. Zatem w drogę: Jestem na miejscu, wiata na przełęczy ma się dobrze. Czas się "zalogować": Zmęczenie daje się we znaki. Po obiedzie nieco podbudowany ruszam do Dźwiniacza Dolnego, to jeszcze ok. trzech godzin marszu. W drogę! Tę, tą, taką...wersją przebiegu szlaku jestem normalnie porobiony. Operuję już w Górach Sanocko - Turczańskich. W drodze na Brańcową: Melduję się, Brańcowa 677 m n.p.m.: Pogoda zaczyna się filcować. Schodząc z Brańcowej do Przeł. Wolańskiej zaczynam mieć obawy, czy zdołam dotrzeć na sucho do Dźwiniacza Dolnego. Będąc już na Wysokim Dziale przemieszczam się w lękach: Doświadczam opadu "na ostatniej prostej". W butach trochę chlupie, ale idąc lasem muszę uważać, trasa błotnista, o "dachowanie" nie trudno. Wyłaniam się z lasu, Dźwiniacz Dolny łaskawy, opad ustał :)) Instaluję się w tym samym miejscu co w 2022 roku:Na miejscu jestem po godzinie 19-tej. Rozbijam namiot póki nie pada, ogarniam bajzel i widzę, że w domu naprzeciwko pali się światło, brama otwarta, samochód stoi. Ani chybi, ktoś musi być! Poszedłem po wodę. Przyjmuje mnie bardzo sympatyczna pani. Oprócz tego, że dostałem wodę, podładowałem telefon, to jeszcze załapałem się na obiadokolację w postaci pulpecików swojskiej roboty z makaronem i ogóreczkami kiszonymi! Normalnie Wersal! Kto by pomyślał. Na Szlaku Karpackim dobroć ludzi nie zna granic. Około godziny 22-giej dziękując za gościnę kieruję się do namiotu. Pada. Zalegam w puchu i odpływam. Jest dobrze, dobranoc.
Dzień VII
Góry Sanocko - Turczańskie
31.05.2026
Dźwiniacz Dolny - Polana, Salezjański Dom Młodzieżowy
Padało w nocy. Ranek na szczęście już bez opadu. Korzystając z okazji wylegam na zewnątrz i przygotowuję śniadanie: Dzisiejszy dzień zanosi się nieciekawie. Nie marudzę, po śniadaniu pakowanko i ruszam na Kamienną Lawortę 769 m n.p.m.: Niebawem melduję się na drugim, niższym wierzchołku Kamiennej Laworty 759 m n.p.m.: Minę mam nietęgą. Wygląda na to, że przede mną marny czas wędrówki. Zaraz szykuję się na opad: Schodzę do Ustrzyk Dolnych. Mijam przed UD takie sympatyczne miejsce odpoczynku, z możliwością noclegu pod namiotem: Gromadzyń w zasięgu wzroku: Ze wzruszeniem mijam OW "Pod Dębami", było kimane tutaj w 2015 roku podczas pierwszego przejścia NSK: Obecnie lokal wygląda na opuszczony. Szkoda. Na odpoczynek wbiję do "Niedźwiadka". Uzupełnię kalorie, dam odpocząć stopom, bo w butach nadal chlupie. Na dzień dobry leci kawa "Inka" na mleku! Posiedziałem trochę. Najedzony i opity jak bąk opuszczam lokal i masz, zaczyna kropić. Wbijam do "Żabki", popatrzę co tam mają :)) Opuszczam sklep, opad ustał. Kieruję się na Gromadzyń. Zanim tam dotrę doznam zdziwienia. Otóż na Holicy w lipcu 2023 roku otwarto wieżę widokową. Faktycznie, stoi: A ja już jestem na szczycie. Rządzę w Masywie Równi, do której należy Gromadzyń 654 m n.p.m. Szczyt wita platformą widokową, na której się uwalę na kilka minut: Po odpoczynku ruszam do Równi i na "do widzewa" Holicy. Na grzbiet Żukowa dotrę, ale Holicę odpuszczę. Niech to zostanie na inną razę: W Równi dostępuję zaszczytu, nawet się przejaśniło! Oczywiście należy odwiedzić cerkiew greckokatolicką z I połowy XVIII w. pod wezwaniem Opieki Matki Bożej, od 1969 roku kościół rzymskokatolicki: Po odpoczynku ruszam do Teleśnicy Oszwarowej. Oczywiście przez grzbiet Żukowa. Jeszcze w Równi mijam taki oto przybytek. Zawsze kiedyś może się przydać: Ponad pół godziny potrzebuję aby dotrzeć na grzbiet Żukowa, jestem na Buczniku 768 m n.p.m. i szlak opuszcza grzbiet: Chwilę rozmyślam nad Holicą, z bólem serca odpulam ten temat. Pocieszam się, że wrócę tutaj w ramach osobnej imprezy i tak chyba będzie lepiej. Lansu zadaję do TO: Terenami jestem porobiony. Aż chciałoby się rzucić w trawę: A ja już po drugiej stronie grzbietu. Wylegam na asfalt: Kieruję się do sklepu spożywczego, który był dla mnie ważnym punktem na trasie. Chwila odpoczynku na werandzie sklepu, uzupełnienie zapasów, itd. Niestety sklep w Teleśnicy Oszwarowej to czas przeszły, innymi słowy sklep się "wywrócił"/zdj. z przejścia NSK 2022 rok/: Najbliższy sklep spożywczy znajduje się w Polanie. Zatem ruszam do Polany: Rajd leśny dobiega końca, spotykam tropy niedźwiedzia, serce bije mocniej :)). Zostaje mnie ok. godzina marszu. Pogoda kapryśna, zaduch jest jak diabli. Rozmyślam czy "lanie" mam w pakiecie. Docieram do miejsca, które dodaje otuchy. Uwalę się w trawie na parę minut, wał Otrytu kusi: Nie ma się co wynurzać. Jeszcze do Polany nie dotarłem. Mijam znany mostek, to już trąca Doliną Pańszczówki:I jest tak, zanim dotrę do celu muszę pyknąć się asfaltem dla zdrowia przez Wydrne! Z aparatu już nie korzystam, bo zaczyna kropić, im bliżej Polany tym opad przybiera na sile. Nie dość, że nie mam klepniętego noclegu, to jeszcze przyjdę zlany do majtek. Melduję się w Polanie. Aby dotrzeć do sklepu muszę kawałek odbić od szlaku. Po drodze mijam baner z informacją o noclegu przy kościele. Sklep już niestety zamknięty, ale obok jest otwarty bar, w którym dobrą duszą jest kelnerka Ania. Czekając na zamówione pierogi chwilę pogadałem z Anią, m.in. poruszając temat noclegu, którego nie mam. Ania mnie zapewnia, że Dom Młodzieżowy jest pewny na 100%! I ja jej wierzę :)) Zatem posilony zbieram się i opuszczam bar pięknie dziękując za chwilę gawędy oraz posiłek. Wracam w kierunku szlaku i odbijam w stronę kościoła. Opad deszczu chwilowo ustał, zatem zagęszczam ruchy. Dom Młodzieżowy przede mną. Raz kozie śmierć, wbijam! Na posesji głucho, ale nie poddaję się. Wchodzę do środka, jakiś gość coś tam majsterkuje. Pytam o nocleg:
- idź do drugiego budynku i domofonem wywołaj księdza, słyszę
- ok. Dziękuję za info
Stoję przed domofonem, mam obawy czy będzie. Za chwilę schodzi ksiądz i wprowadza mnie na salony. Placówkę na dzisiejszy nocleg mam naprawdę godną. Loguję się w pokoju i czas rzucić nura. Wykąpany, czyli urodzony na nowo idę kuchni i przygotowuję kolację. Na zewnątrz pada. Niebawem odpadnę. Zmęczony jestem. Dobranoc.
Dzień VIII
Bieszczady
1.06.2026
Polana, Salezjański Dom Młodzieżowy - Otryt Górny, Chata Socjologa
Poranek budzi mnie solidnym opadem deszczu. Opcjonalnie zakładam, że dzisiejszy dzień może być zaliczony jako "kibel day". Po śniadaniu opad "jakby" maleje. Nie, nie zamierzam kiblować, ruszam. Plan jest taki, aby do Chaty Socjologa, później się zobaczy. Żegnam się z księdzem dziękując za godny nocleg i kulam...do sklepu. W końcu mam czas :)). Przyodziany w Paclite-a przemieszczam się w miarę niewielkim opadzie. W sklepie uzupełniłem zapasy i z przyjemnością wracam ponownie do szlaku. Przekraczam Potok Czarny, który rozdziela Góry Sanocko - Turczańskie od Bieszczadów zachodnich. Teraz deszcz mnie nie straszny, podejście na Wańka Dział rozgrzewa do bólu :)) Docieram do wiatki, muszę odetchnąć: Z widoków oczywiście guzik. Padać zaczyna zdecydowanie mocniej, zatem na mnie pora. W 2022 roku wypał węgla drzewnego działał pełną parą: Obecnie cisza. Teraz aby do Przełęczy pod Hulskiem 780 m n.p.m. Pod daszkiem chwila odpoczynku i czeka mnie podejście na grzbiet Otrytu. Do Chaty Socjologa ok. 2 godziny marszu. Teraz będzie lepiej, idę lasem.Przed godziną 14-stą melduję się na miejscu. Chata Socjologa wita!Obawiam się, że dalsza wędrówka nie ma sensu, przeczekam opad deszczu pod dachem. Decyzja krótka, zostaję na nocleg, trudno :)) Na miejscu jest ekipa z Gdańska, których gorąco pozdrawiam, jest nowy chatar. Wysuszę sprzęt, uzupełnię kalorie :), odpocznę. Poza tym liczę na to, że jutro nie będzie padać na Magurze Stuposiańskiej. Zainstalowany w pokoju wieloosobowym czas oddać się pogaduchom, itd. Na dzisiaj koniec.
Dzień IX
2.06.2026
Otryt Górny, Chata Socjologa - Wiata nad Przełęczą Goprowców
Poranna pobudka zionie niepokojem. Może nie tyle że pada, ale jest tzw. kapuśniaczek. Podczas śniadania rozważam ewentualny plan B, na wypadek, gdyby zaczęło lać. Rozważam kolejny postój w "Kolibie" na Przełęczy Przeysłup Caryński. Po posiłku ogarniam bajzel i żegnam się z chatarem oraz ekipą z Gdańska. No nic, przyodziany w kurtkę wylegam na zewnątrz. Szału nie ma. Kropi nadal, widoków brak, na trasie bagienko. Ruszam. Schodzę z Otrytu. Aby do Dwernika. Na szczęscie bez przygód melduję się na dole. Warunek fatalny: Do Chmielu jest 3 km. To do tego sklepu wczoraj chłopaki z Gdana podklepali na zakupy: Uwaliłem się na chwilę w wiatce pod daszkiem na "małe 5". Pogoda chwilowo szydzi ze mnie. Ruszam. W Dwerniku jest fajne miejsce na nocleg, to wiata stanicy harcerskiej: Przede mną jeszcze most na Sanie, niniejszym na pewno jestem w Bieszczadach: Po drodze mijam kościół św. Michała Archanioła, który powstał w latach 1979-81. Materiały do budowy posłużyły m.in. fragmenty rozebranej cerkwi w Lutowiskach/fot.05.2021/ Kończę przechadzkę asfaltem, niebawem odbiję w lewo w Pasmo Magury Stuposiańskiej. Przede mną "pierwszy tysiączek". Warunek fatalny, ale jest "plus dodatni", przestało padać: Przede mną strefa mroku: Podejście oferowało niezłe grzęzawisko, poza tym serce biło mocno na widok świeżych tropów niedźwiedzia. Tak wielkich odbitych łapsk to ja jeszcze nie widziałem. Nie byo czasu na marudzenie :)). Z duszą na ramieniu docieram na pierwszy tysięcznik :)), Magura Stuposiańska 1016 m n.p.m.: Teraz stoję przed dylematem, odbijać do "Koliby"? Opad ustał, do punktu kasowego Pszczeliny - Widełki mam 1.30 godz. Nie, nie, Kolibę odpuszczam, schodzę. Co prawda nie pada, ale zlany do majtek i tak przyszedłem, końcówka była wyborna: Przy punkcie kasowym zrzucam bagaż. Głód w oczy zagląda, czas na obiad. Po wodę zszedłem do Potoku Wołosaty. Podczas przygotawania posiłku, a kuchnia wydała liofa, którego wczoraj odkupiłem od zioma z Gdana. Na niebie dzieją się cuda! Nie wierzę własnym oczom, ale zaczyna się przejaśniać. Nawet MS ujrzałem! Że obiad zjem w promyczkach słońca, to nawet "Starożytni Szwedzi" tego nie przewidzieli: Po posiłku postawiłem na herbatę a następnie zrobiłem kakao. Stać mnie na gest skoro jest tak pięknie. Poza tym czeka mnie podejście na Bukowe Berdo. Po obiedzie polazłem umyć gary w potoku: Podbudowany kaloriami i moralnie czas opuścić miejsce odpoczynku. Żegnam się z Potokiem Wołosaty: Z wykupionym biletem wstępu do BdPN kulam na Bukowe Berdo: Idę krokiem równym, tempem miarowym. Na chwilę odpoczynku zalegam w wiacie. Nie mogę się doczekać wyjścia z lasu. Ruszam. Warunek zdecydowanie się poprawia. W dobrym nastroju wychodzę z lasu: Rządzę na Bukowym Berdzie. Że dostąpię takiego warunku, to się nie dzieje: Z widokiem na Kopę Bukowską, Halicz, Rozsypaniec jest mnie do twarzy: Z widokiem na Hostrą Horę/Гостра Гора 1405 -1404 m n.p.m./: Docieram w okolice Krzemienia 1335 m n.p.m., z wejścia na szczyt guzik, zakaz. Jestem pod wierzchołkiem tego szczytu, czyli osiągam najwyższy punkt imprezy: Z wielką radością obcinam na koniec dzisiejszej imprezy, wiatunia czeka na mnie. Już lecę najdroższa! W zdrowiu osiągam Przełęcz Goprowską 1160 m n.p.m.: W okolicy godziny 19-tej docieram na miejsce. Obawiam się, że nie będę w stanie wykrzesać z siebie więcej siły, aby zejść do Wołosatego, nie dam rady. Trudno, zostaję: Nocleg w tej wiacie zaliczam do najpiękniejszego na trasie. W puchu uwalony obserwuję wschód księżyca w kolorze czerwonym. Niesamowite wrażenie, normalnie ciary! Zarzuciłem szybką kolację i odpadam snem sprawiedliwego, padnięty jestem. Dobranoc.Dzień X
3.06.2026
Wiata nad Przełęczą Goprowców - Przełęcz pod Czerteżem, utulnia
Spanko miałem dobre. Bladym świtem się budzę i obcinam na warunek. Jest dobrze. Jest trochę pochmurane, ale i szanse na widoki są duże. Czas zatem na śniadanko: Po posiłku zbieram się nieśpiesznie, aby w Wołosatem nie wzbudzać podejrzeń. W planie mam odwiedzić Tarnicę 1346 m n.p.m. Szlak Karpacki pomija ten szczyt, ale mam smaki tam zajrzeć. W drogę, nic tu po mnie. Docieram do Przełęczy 1275 m n.p.m.: Jako, że mnie stać, odbijam na szczyt szlakiem żółtym. Melduję się na Tarnicy 1246 m n.p.m., najwyższy szczyt Bieszczadów Zachodnich: Widoczność jest jednak średnia. Obcinka na Połoniny Wetlińską i Caryńską z fragmentem Szerokiego Wierchu: W kierunku Wielkiej Rawki, tam idę: Ok, pora schodzić. Przede mną Wołosate i przy okazji wypogadza się, co jest chwalebne: Ślady dawnej wsi Wołosate: Chwilę się pokręciem po cmentarzu, po czym kulam do punktu kasowego, przy którym już są spore tłumy, co mnie z kolei bardzo pasuje. Nie będę się rzucać w oczy, na kiego nie to :)). Korzystając z dobrodziejstwa bezpłatnej toalety doprowadziwszy się do prządku, ruszam na odcinek specjalny do Ustrzyk Górnych. Tarnicy na do widzenia: Obowiązkowa chwila przerwy przy punkcie końcowym/początkowym Głównego Szlaku Beskidzkiego: Zajrzałem jeszcze do sklepiku naprzeciwko kupiłem paskudne słodkie bułki, bo smaki miałem. Po tym przerywniku przede mną OeS-ik do UG. Zdawać by się mogło, żPo czterech latach od ostatniego przejścia wracam ponownie na Niebieski Szlak Karpacki.
Targają mną emocje, czy trzecie przejście nie trąci nudą? Okazją a raczej wymówką jest kolejna zmiana przebiegu szlaku. Przygodę zacznę z Przylasku. Czas zatem pakować szafę i w drogę, nie ma na co czekać!Dzień I, prolog
25.05.2026Wrocław - Rzeszów - Przylasek Hermanowa, kaplica Matki Bożej Studziańskiej
Do Rzeszowa kulam "Ślązakiem", ale z Wrocławia wyruszam z "planowaną" 10-cio minutową obsuwą. Klasycznie podczas jazdy mam kupę czasu na rozważania co mnie czeka. Najbardziej mnie martwi myśl, że przy trzecim przejściu trasa może wiać znużeniem. Zobaczymy, sobie myślę, początek trąci nowością i to niech będzie dobrą wróżbą. W zdrowiu docieram do Rzeszowa: Nie będzie dziwne, że po podróży dobry obiad należy się jak chłopu rola. Wbijam, apetyt i czas posiadam: Zamówiłem "obiad dnia". Po posiłku inaczej się myśli. Niebawem sielanka się skończy, opuszczam restaurację i idę na przystanek komunikacji miejskiej. Kulam stałym traktem: Melduję się na przystanku Piłsudskiego Urząd Wojewódzki. Dobrze się składa, za 6 minut wiozę się linią 31 do strefy zrzutu, żarty się kończą. Ponad dwa kwadranse jazdy i melduję się na miejscu. Orzeł wylądował! Z biciem serca witam stare śmieci, Biała k/Rzeszowa: W 2015 roku kończyłem ten jakże zacny szlak: Zaczynając przygodę ze Szlakiem Karpackim standardowo odwiedzam poprzednie miejsca mojego startu lub końca imprezy. Nie wyobrażam sobie pominięcia tego rytuału. Czas zatem na zdjęcie powitalne: Oficjalne otwarcie trzeciego przejścia Szlaku Karpackiego ogłaszam za otwarte. Ruszam na ulicę Rodzinną, czyli miejsce startu drugiego przejścia w 2022 roku. Stare oznaczenia szlaku nadal dobrze zachowane, co cieszy: Nie mogę się oprzeć wrażeniu, obym się mylił, ale dni tego domu są chyba policzone: Odbijam w lewo. Kufa, jakbym wczoraj tutaj był! Domów przybywa: Kolejny znak niebieski: Ostatni znaczek: I melduję się przy "Groszku": Wbijam na uzupełnienie płynów i wiktuałów. Spiżarnia uzupełniona. Z kefirem i bułką w grabie wyległem na zewnątrz sklepu celem się posilenia, po czym w drogę. Na ulicę Rodzinną mam "rzut kamieniem". Jestem na miejscu. Biała, ul. Rodzinna wita: Po kropce początkowej zostało tylko wspomnienie: A przecież niedawno, bo 16 maja 2022 roku zaczynałem z tego miejsca drugie przejście Szlaku Karpackiego: Ale wracam do rzeczywistości, żegnam ulicę Rodzinną z zamalowaną kropką początkową: Kulam w kierunku Tyczyna i dalej na Budziwój: Mijam rzekę Strug, prawy dopływ Wisłoka. Niniejszym bawię w Tyczynie, ale tylko chwilowo, bowiem za chwilę odbiję w ulicę Władysława Orkana => Budziwojska i jestem w Budziwoju, czyli najdalej wysuniętej na południe dzielnicy Rzeszowa. Docieram do skrzyżowania ulic Budziwojskiej i Jana Pawła II, odbijam w ulicę Sportowców. Robi się miło, rządzę na ul. Sportowców! W razie awarii możemy liczyć na spanko pod dachem w tym jakże zacnym "pustostanie": W zdrowiu docieram do ulicy Nadziei. Nie mogę sobie odmówić kefiru, smali bowiem na bogato: Dożyłem chwili uroczystej i jakże podniosłej, Przylasek wita: Melduję się przy kropce początkowej, czyli Przylasek ul. Jarzębinowa mówi dzień dobry: Po prawdzie, to jest właściwy początek imprezy. Jednakże gdybym nie odwiedził poprzednich miejsc, z których zaczynałem, czy też kończyłem, sumienie by mnie po prostu...dojechało :). Jako, że jest przed 18-stą, czas się rozejrzeć za noclegiem. Na dzisiaj wystarczy. Ruszam do kapliczki. Wcześniej pożegnanie z Rzeszowem: Jestem prawie na miejscu. Docieram do źródełka przed kapliczką: Ucinam sobie pogawędkę z tutejszym mieszkańcem, po czym ruszam na ostatni akord dzisiejszego dnia. Niebawem melduję się na miejscu pierwszego noclegu. Przylasek, Hermanowa i kaplica Matki Bożej Studziańskiej mówi dzień dobry: Tutaj z kolei spotykam pewne małżeństwo, z którym ucinam również dłuższą pogawędkę. Pogaduchy dobiegają końca, czas się rozpakować: Jako, że z tyłu kaplicy znajduje się źródełko, okoliczni mieszkańcy do ok. godziny 21.00 przychodzą po wodę. Widzę również, że nadchodzi ojciec z synem, to od tego małżeństwa, z którym gawędziłem. Okazuje się, że poza zaproszeniem na nocleg do ich domu dostałem również naleśniki i owoce:
Za zaproszenie na nocleg oczywiście bardzo podziękowałem, nie chcąc robić problemu, ale za naleśniki i owoce...w pas się kłaniałem :)) Na dzień dobry takie rzeczy! Kolacja była na bogato, owoce starczyły jeszcze na jutrzejsze śniadanie do serka wiejskiego :)). Są jeszcze dobrzy ludzie na tym łez padole. Po kolacji czas się kłaść spać, tym bardziej, że ptactwo do snu śpiewa. Dobranoc.
Dzień II
26.05.2026
Pogórze Dynowskie/Pogórze Przemyskie
Przylasek Hermanowa, kaplica Matki Bożej Studziańskiej - Bartkówka, taras widokowy
Pierwsza noc minęła wybornie. Ptasie trele kładły mnie do snu jak i budziły. Są to rzeczy tak genialne, że aż nie do opisania. Wczesnym rankiem lokalsi przychodzą do studzienki po wodę, zatem pora wstawać i szykować śniadanko. Jak wcześniej wspomniałem, wczorajsze owoce były do serka wiejskiego, wkroiłem jedynie połowę gruszki "ze swojego przydziału", potraktowałem ten luksus miodem, ugotowałem kakao i zasiadłem jak normalny biały człowiek do porannego posiłku: Po śniadaniu zwijam swój bałagan i od Pogórza Dynowskiego rozpoczynam przygodę ze Szlakiem Karpackim, w drogę! Ruszam nowym przebiegiem szlaku. Trasa wyznaczona mniej więcej równolegle do Szlaku Trzech Pogórzy. Pogórze Dynowskie po raz kolejny rozbija mnie w pył. Jest upalnie, kulam lasem: Początek trasy jest genialny, docieram do parkingu w Hermanowej. Nadal operuję w lesie, co wcale mnie nie przeszkadza. Niebawem docieram do zabudowań przysiółka miejscowości Straszydle, czyli Pogorzeliska: Za chwil parę Pogórze Dynowskie wprawi mnie w znakomity humor, powodem jest Kapliczka pod Lipą: Szlak skręca w prawo, mijam kolejną równie piękną i jakże kameralną: Chłonę garściami, w domu tego nie mam. Pogórze Dynowskie jest najlepsze :)) Następuje chwilowa przerwa z widokami bowiem schodzę do drogi asfaltowej przy skrzyżowaniu którego jest sklep spożywczy. Rządzę w Straszydlu: Jako, że jestem dobrze wyekwipowany w prowiant mimo wszystko zajrzałem, żebym później nie biadolił nad swoim losem, że był sklep i nie raczyłem nawet zajrzeć. "Pierwszy raz w życiu" nic nie kupiłem będąc w sklepie. Opuszczam sklep i ruszam przed siebie: Do twarzy mnie z widokiem na Pasmo Wilczego, czyli końcowy etap Szlaku Trzech Pogórzy: Nadal i wciąż pławię się w luksusie. Dynowski etap Szlaku Karpackiego, który w obecnej odsłonie jest dla mnie nowością i przyznaję, że ociera się o sztosik: Na chwilę odpoczynku czas się uwalić, nie daruję takiej okazji: Kwadrans później melduję się w Białce skrzyżowanie, normalnie mowę mnie odbiera: Krokiem równym i tempem miarowym zbliżam się do Błażowej: Schodzę do cywilizacji: "Bez mostek" przekraczam Ryjak i melduję się w centrum. Szukam sklepu, smaki mam na grejpfruta i makrelę wędzoną. Po zakupach uwalam się w cieniu na ławce. Czas coś przekąsić: Rybka pękła błyskawicznie. Grejpfrut również. Podczas tego przejścia owoc rzeczony był moim przysmakiem, sam byłem w szoku, nigdy takich zachcianek nie miałem :). Po posiłku ruszam dalej. Mijam przybytek, który najlepsze czasy ma już za sobą: Za chwilę skręcę w lewo - w strefę asfaltu - to Trakt Łańcucki i przerwę na picie zrobię w wiacie: Kulam wspólnie ze szlakiem zielonym relacji Wilcze - Nowa Wieś: Docieram do szlakowskazu, nieco dalej znajduje się wiata. Muszę zipnąć, bo spłonę: Wcześniej wbijam do leśniczówki Hyżne po wodę. Po odpoczynku ruszam dalej. Przemieszczam się w pięknych okolicznościach przyrody: Niebawem sielanka się kończy, trafiam na remont drogi. Miejsce znakomite na dryblingi: Przed białym budynkiem szlak wykręca w prawo przez tory i ponownie w las, tamże "małe pięć" się należy i za chwilę wyjdę na stary przebieg szlaku: Odpocznę w wiacie przystankowej, nomen - omen obcinam na kropę końcową szlaku zielonego, to Szlak Przemysko - Bachórski: Do Dynowa niby rzut kamieniem, a zmęczenie zaczyna doskwierać. Moim celem jest Biedronka. Smaki na grejpfruta czynią spustoszenie w mojej psysze. Wcześniej jednak odwiedzam Mauzoleum rodu Skrzyńskich w Dębinie: Nieopodal jest całkiem przyjemny staw, rozważałem nawet czy aby nura nie rzucić, odpuściłem. Melduję się w Bachórzu Brzozowskim: Myślami wracam do 2015 roku, wówczas dałem sobie przejazd Kolejką Wąskotorową Przeworsk - Dynów w ramach otwarcia imprezy tejże. Mam przeczucie graniczące z pewnością, że przejazd kolejką wąskotorową powtórzę w nieodległej przyszłości. Tymczasem kulam do Dynowa a konkretnie do Biedronki na grejpfruta i inne frykasy. Nawodniony wbijam do Rynku w Dynowie: Chwilę tutaj marudzę, bowiem po grejpfrutowej uczcie poszedłem na lody, itd. Siedząc na ławce rozważam nocleg w Dynowie. Niestety, "Oberża" w której kimałem po zakończeniu przejścia Szlaku Trzech Pogórzy w 2016 roku to już pieśń przeszłości i poza drożyzną pozostaje namiot na tarasie widokowym, do którego mam ok. godzinę marszu. Ciężko dupę podnieść z ławki, ale mam szansę dotrzeć na miejsce jeszcze za dnia. Ruszam! Docieram do ważnego miejsca, chodzi o rzekę San, czyli granica Pogórza Dynowskiego i Pogórza Przemyskiego. Atakuję rzekę "bez most":
Zostawiam Pogórze Dynowskie i wtaczam się w Pogórze Przemyskie, mimo zmęczenia jest moc! Z językiem przyklejonym do podniebienia docieram na miejsce kolejnego noclegu, jestem na tarasie widokowym w Paśmie Kruszelnicy. Wszystko jest super, ale wieje. Idzie na zmianę pogody. Chwilę się motam z rozbiciem namiotu. W końcu dom stoi, szybka kolacja i ląduję w puchu przebrany w suchą wełnę. Dobranoc.
Dzień III
Pogórze Przemyskie
27.05.2026
Bartkówka, taras widokowy - Pasmo Kopystańki
Spałem dobrze. Nocleg w tym miejscu był na mojej liście życzeń. Ważne jest dla mnie również to, że nie kimam w tych samych miejscach. Czas wstawać i kości rozprostować. Widok tenże zawsze koi moje zszargane nerwy:)) Pogoda jest piękna, ale niestety wieje nadal. Z tego też powodu nie kombinuję ze śniadaniem, a wodę na herbatę gotuję w przedsionku namiotu. Śniadanie dzisiaj będzie na lekko: Po śniadaniu pakuję bajzel i ruszam. W drodze na Pasieki spotykam gościa, który kimał pod namiotem w lesie. Docieram na miejsce, Pasieki 451 m n.p.m.: Niebawem dotrę do miejsca noclegu w 2022 roku: "Kwadrat" ma się dobrze, uwaliłem się na pięć minut i w drogę! Warunek zaczyna się psuć, jest duszno. W Pracówce uzupełniam wodę i obcinka na kościół pw. św. Jana Kantego: Przede mną 3 godziny marszu do Sufczyny. Pogoda zagęszcza się gwałtownie, na bank będzie padać. No i masz, wykrakałem! Przelotny opad łapie mnie w lesie. Chronię się zatem pod rozłożystym bukiem, celem przeczekania. Niniejszym rządzę w Masywie Piaskowej. Dodatkowy problem u mnie tkwi w tym, że zapomniałem zabrać z domu worka przeciwdeszczowego na plecak. Docieram do miejsca Nad Kotowem 444 m n.p.m., spotkałem się też z nazwą Dział nad Kotowem: Czas na dogrywkę, czyli kolejny opad przede mną. Nie, nie...nie wywinę się: Po kolejnym opadzie nadchodzi chwila ze słońcem. W drodze do Sufczyny spotykam gościa, który przemierza Szlak Karpacki z kierunku odwrotnego, czyli z Grybowa: To Rafał Paszkowski, który prowadzi kanał na YT Szlakiem z Paszczakiem. Chwilę oczywiście pogadaliśmy i w dobrych humorach żegnamy się. Przede mną Sufczyna: Zbliżam się do rzeki Stupnica. Czas na kąpiel, nie daruję! Po kąpieli zarządzam przerwę na obiad. Z nowymi siłami przekraczam mostek: Ląduję w wiacie przystankowej. Zanim zacznę gotować, idę po wodę naprzeciwko. Na obiad kuchnia wydała makaron w zestawie. Tak można żyć: Po obiedzie nieco zregenerowany i wykąpany ruszam dalej. Przede mną Huta Brzuska. Przede mną kolejne podejście. Zostawiam kolejne pasmo: Przede mną natomiast wypas nad wypasy: Schodzę do Huty Brzuskiej. Mijam budynek dawnej Szkoły Podstawowej: Na "małe 5" ląduję w wiacie przystankowej: To mój stały punkt odpoczynku na Szlaku Karpackim. Obok wiaty przystankowej stoi piękna "kolibka". Ma się zupełnie dobrze: Przede mną podejście na górę Piasek 417 m n.p.m., czyli ostatnie wiaderko potu i już za chwilę, już za momencik, ostatni akord dnia trzeciego. Uwielbiam ten widok: Dożyłem chwili, że z przyjemnością będę nocować w miejscu tak wybornym. Taki pokój z widokiem bardzo mnie pasuje: Rozbity jestem w terenie należącym do Pasma Kopystańki, trudno! Piję herbatkę w trawie uwalony. Zanim odpłynę dzwonię do recepcji hotelu w Krasiczynie celem zarezerwowania pokoju. Miła recepcjonistka informuje mnie, że jest wolny pokój i czekają na mnie jutro. Kończy się trzeci dzień wędrówki:Odpływam. Zasypiam z uśmiechem do ósemki, której nota bene nie posiadam :). Dobranoc.
Dzień IV
28.05.2026
Pasmo Kopystańki - Zamek Krasiczyn
Spanie mam dobre. Z namiotu wylegam grubo po wschodzie słońca. Dzień dobry Pogórze Przemyskie! Dzisiejszy dzień będzie krótszy. Powód jest może banalny, ale dla mnie wielce istotny. Zamek w Krasiczynie, przechodniem być i nie uwalić się na nocleg?? Nie, nie, to zajeżdża profanacją. Ogarniam się, czyli śniadanko następnie pakowanko i ruszam. W ramach rozruchu dam se rezerwat przyrody "Mur Krzeczkowski". Akt ustanowienia rezerwatu podpisano 6 grudnia 2024 roku. Docieram do celu: Wychodnia skalna uchodzi za jedną z najciekawszych na Pogórzu Przemyskim. Chwila odpoczynku się należy. Na miejscu biwakowym kima gość, którego spotkałem w drodze na Pasieki: Wracam do szlaku i schodzę do Krzeczkowej. Melduję się w wiacie, w centrum wsi: Wersalką jestem poruszony. Jako, że czasu mam od groma, "małe 5" się należy. Zbieram się do Olszan: Czeka mnie kolejna zmiana przebiegu szlaku. Otóż w starej wersji przebiegu, szlak wiódł przez Popielową Górę 363 m n.p.m., która oferowała godne widoki/fot. z przejścia NSK 2022 rok/: Obecnie szlak wiedzie jej zboczem. Pora schodzić do Olszan: Ten odcinek trąca hardcore'm. Wiadomix, że pokrzywy są zdrowe, zatem wybatożony w pokrzywach zbliżam się do boiska w Olszanach, kimałem tu m.in. w 2022 roku: I tutaj kolejne pozytywne zaskoczenie. Na miejscu mojego dawnego biwaku postawili wiatę! Do Krasiczyna niedaleko zatem nie ma się co śpieszyć. Kulam do sklepu spożywczego w Olszanach. Stary sklep usytuowany w domu jednorodzinnym się zawinął, nowy znajduje się nieco dalej przy drodze. Uwaliłem się na dłuższą chwilę. Posilony nieco zadzwoniłem do Krzysztofa z kanału I gdzieś tam się idzie Wypoczęty opuszczam lokal. Mijam "drogowskaz": Przekraczam San: I odbijam do Krasic. Odwiedzę drewnianą cerkiew pw. św. Michała Archanioła z 1899 roku: Udało się wejść do środka: Mam obawy co do tego obiektu, cerkiew po prostu niszczeje. Wracam do szlaku. Łoję do Krasiczyna: Melduję się w Korytnikach: Odwiedzam sklep spożywczy w którym zrobiłem sobie sjestę w 2022 roku i niestety, sklep się "wywrócił": Ja już prawie w Krasiczynie. Ponownie przekraczam San: I proszę bardzo, jestem u celu: Czwarty dzień wędrówki podsumuję noclegiem w zamku, kto biednemu zabroni? Instaluję się w pokoju wozowni. Klamota zrzucam w pokoju i pierwsze to muszę rzucić nura! Dzisiaj śpię w białej pościeli. Po kąpieli wyskoczyłem do sklepu na zakupy i na obiadokolację poszedłem do restauracji zamkowej. Po posiłku uciąłem sobie pogawędkę z recepcjonistką i okazuje się, że w zamku również są "komnaty" dla gości. To dobrze wróży na przyszłość. Czas wolny spożytkowałem na przechadzce po parku: Zamek robi na mnie ogromne wrażenie. W przewodniku Stanisława Krycińskiego "Pogórze Przemyskie" jest napisane, że to jedna z najwspanialszych rezydencji magnackich w kraju. Kufa, ja to "kupuję": Wracam na pokoje. Pora się kłaść, oczy mnie się kleją. Śnić będę o noclegu w komnacie zamkowej:Dobranoc.
Dzień V
29.05.2026
Zamek Krasiczyn - Kalwaria Pacławska, Dom Pielgrzyma "Ostoja"
Kimane było po królewsku. Kolejnym plusem dodatnim jest fakt, że w cenę noclegu mam wliczone śniadanie. Jako, że jest szwedzki stół, nie będę się hamować, ani myślę :)) Poszedłem po całości, oczywiście pasztet swojski poszedł z podwójną dokładką, poza tym, "skosztowałem" wszystkiego. Posilony i opity jak bąk wracam do pokoju i pakuję bajzel. Kolejna wizyta w Krasiczynie skutkować będzie noclegiem w komnacie zamkowej, tak już to mam zakodowane. Żegnam się z miłą obsługą i kulam na Garby 304 m n.p.m. i odbijam w las celem ogarnięcia fragmentów schronu Linii Mołotowa: Schodzę do Dybawki, po czym atakuję Prałkowską Górę 351 m n.p.m. i zaglądam do Fortu VII Prałkowce, obszar systemu fortyfikacji obronnej Twierdzy Przemyśl: Ruszam dalej. Dłuższą przerwę zrobię na Wapielnicy, do której powinienem dotrzeć za 1,5 godziny: Bawię się dobrze, pot z czoła ogarniam w miejscu z widokiem na Przemyśl: Niebawem żegnam Przemyśl: I ogromną przyjemnością ląduję na Wapielnicy 394 m n.p.m.: Zasiadam na małe co nieco. Z racji, że smali uzupełniłem płyny i ruszam do Kalwarii Pacławskiej, przede mną ponad 5 godzin drogi. Po drodze spotykam znak informacyjny: Uwielbiam takie klimaty. Mam w pamięci 2015 rok i pierwsze przejście NSK. W Koniuszy był podobny znak z informacją dojścia do Gruszowej: Tymczasem docieram do znanego i jakże lubianego miejsca odpoczynku: Chwila na wyrównanie oddechu, za chwilę odbiję na południe przez Dział na Szybenicę. To zalesiony odcinek, ale będzie wynagrodzone :)) Docieram na Szybenicę 496 m n.p.m.: Szybenica jest dla mnie miejscem wybitnym na szlaku. W takim warunku aż się prosi o biwak tutaj. Niestety, pora zbyt wczesna. To miejsce mam zapisane w pamięci, nie stać mnie na to, aby odmówić sobie nocleg na tym jakże honornym szczycie Pogórza Przemyskiego. Schodzę do Koniuszy. Do Kalwarii Pacławskiej zostaje mnie niecałe 3 godziny a ja melduję się przy cerkwi pw. Narodzenia Matki Bożej z 1901 roku: Szybenicy na do widzenia: Kulam do Gruszowej. W 2022 roku wybrałem wariant przez łąki, teraz dla odmiany zapodam "wg pacierza": Docieram do kolejnego miejsca, które mnie wzrusza, czyli kapliczka Skłonu i Pokłonu w Gruszowej: Naturalnie "duże 10" się należy. Koniec dzisiejszej wędrówki w zasięgu wzroku: Z łezką w oku obcinam na Kopystańkę: Na mnie pora. Teraz kierunek Huwniki. O, proszę, piszę i mam :)) W Huwnikach ląduję pod sklepem spożywczym. Jako, że smali na bogato zasiadam na kefir, banany i naturalnie grejpfrut! Ruszam na ostatnią prostą. Przekraczam Wiar: Za chwilę wyjdę na piękne łąki, po czym zejście na asfalt i...dostrzegam pierwsze czereśnie na szlaku! Gdyby nie płot, to może bym się "poczęstował", a tak, nie będę robić chlewu. Melduję się w Kalwarii Pacławskiej, mijam miejsce noclegu w 2022 roku: Wtaczam się do zespołu klasztornego Kalwarii Pacławskiej:Jestem w okolicy godziny 19-tej, jadłodajnia już zamknięta. Noclegu nie mam klepniętego. Jednak spotykam trzy kobiety, zapytałem o nocleg. Okazuje się, że jedna z tych pań, ogarnia temat znakomicie. Zadzwoniła do brata Macieja i za chwilę ląduję w Domu Pielgrzyma "Ostoja". W pokoju jestem sam, co bardzo mnie pasuje. Jak już się ogarnąłem wyszedłem na spacer. Chciałem wejść do kościoła, ale w związku z nabożeństwem odpuściłem. Pokręciłem się trochę i poszedłem na pokoje. Sen mnie łamie. Dobranoc.
Dzień VI
Pogórze Przemyskie / Góry Sanocko - Turczańskie
30.05.2026
Kalwaria Pacławska, Dom Pielgrzyma "Ostoja" - Dźwiniacz Dolny
Spanko było wyborne. Cała sala moja! Okazuje się, że kimałem w ramach Franciszkańskiego Roku Jubileuszowego, czyli 800 lecie śmierci św. Franciszka. Korzystając z okazji, rano również rzuciłem nura, bo nie wiadomo kiedy będzie kolejna okazja na kąpiel. Na śniadanko poszedłem do do jadłodajni. Najedzony i opity jak bąk opuszczam Kalwarię Pacławską pachnący! Szafa jest, ale "tragarza" wcięło jak Franka buty na budowie: W centrum Pacławia dawna remiza strażacka ze świetlicą jeszcze stoi: Kulam w kierunku Żytnego. Nagle podjeżdża do mnie Straż Graniczna, rutynowa kontrola dokumentów, chwila gawędy i w zgodzie się rozstajemy. Będę szedł nowym przebiegiem szlaku, o czym szlakowskaz mnie informuje: Docieram na Żytne 505 m n.p.m., wzniesienie genialne, po raz kolejny mam dobrą pogodę, czas zatem na "duże 10": Obcinam na Leszyczyny i Kanasin, moze kiedyś tam dotrę: Z Kalwarią Pacławska żegnam się do "następnej razy": Schodzę w Dolinę Parprotniańską. W drodze do przycerkiewnego cmentarza: Po drodze spotykam turystę. Chwilę idziemy razem i rozmawiamy o tym i o owym. Jedyna pamiątka po Paprotnie: W tym miejscu się rozdzielamy. Kolega potrzebuje chwili odpoczynku: Spotkamy się ponownie w miejscu odbicia żółtego szlaku na Suchy Obycz 616 m n.p.m., tym razem ja odpoczywam, po czym kulam do Arłamowa: Pot z czoła ogarnę na Wierchu, miejscu znanym sprzed czterech lat: Drugi oddech złapawszy ruszam przed siebie i niebawem wkroczę w kolejny zmieniony przebieg szlaku, który nie prowadzi już do Jureczkowej lecz do Kwaszeniny. Mijam Przełęcz pod Jamną 524 m n.p.m. i docieram do skrzyżowania, w ktrym szlak zielony kończy bieg. Rządzę w Paśmie Jamnej: Za chwilę wtaczam się na nowy przebieg szlaku. Przed Przełęczą Wecowską skręcam w lewo i schodzę do wsi Kwaszenina. Jest bardzo kameralnie. W Kwaszeninie: Przy drodze na parkingu potrzebuję wyrównać oddech. Zbieram się, przede mną Pasmo Roztoki z najwyższym szczytem pasma i uwaga, okazuje się, że również Pogórza Przemyskiego. Docieram do celu, Roztoka 642 m n.p.m.: Szczyt rzeczony zapisuję w pamięci jako przyszłe miejsce noclegowe, uczynię to choćby skały srały. Widoki z Roztoki :)) Łypię łapczywie na Kamienną Lawortę, to już Góry Sanocko - Turczańskie i temat na jutro. Z racji pory "mocno" obiadowej schodzę do Przełęczy pod Brańcową 538 m n.p.m., oddzielającą Pogórze Przemyskie od Gór Sanocko - Turczańskich. Zatem w drogę: Jestem na miejscu, wiata na przełęczy ma się dobrze. Czas się "zalogować": Zmęczenie daje się we znaki. Po obiedzie nieco podbudowany ruszam do Dźwiniacza Dolnego, to jeszcze ok. trzech godzin marszu. W drogę! Tę, tą, taką...wersją przebiegu szlaku jestem normalnie porobiony. Operuję już w Górach Sanocko - Turczańskich. W drodze na Brańcową: Melduję się, Brańcowa 677 m n.p.m.: Pogoda zaczyna się filcować. Schodząc z Brańcowej do Przeł. Wolańskiej zaczynam mieć obawy, czy zdołam dotrzeć na sucho do Dźwiniacza Dolnego. Będąc już na Wysokim Dziale przemieszczam się w lękach: Doświadczam opadu "na ostatniej prostej". W butach trochę chlupie, ale idąc lasem muszę uważać, trasa błotnista, o "dachowanie" nie trudno. Wyłaniam się z lasu, Dźwiniacz Dolny łaskawy, opad ustał :)) Instaluję się w tym samym miejscu co w 2022 roku:Na miejscu jestem po godzinie 19-tej. Rozbijam namiot póki nie pada, ogarniam bajzel i widzę, że w domu naprzeciwko pali się światło, brama otwarta, samochód stoi. Ani chybi, ktoś musi być! Poszedłem po wodę. Przyjmuje mnie bardzo sympatyczna pani. Oprócz tego, że dostałem wodę, podładowałem telefon, to jeszcze załapałem się na obiadokolację w postaci pulpecików swojskiej roboty z makaronem i ogóreczkami kiszonymi! Normalnie Wersal! Kto by pomyślał. Na Szlaku Karpackim dobroć ludzi nie zna granic. Około godziny 22-giej dziękując za gościnę kieruję się do namiotu. Pada. Zalegam w puchu i odpływam. Jest dobrze, dobranoc.
Dzień VII
Góry Sanocko - Turczańskie
31.05.2026
Dźwiniacz Dolny - Polana, Salezjański Dom Młodzieżowy
Padało w nocy. Ranek na szczęście już bez opadu. Korzystając z okazji wylegam na zewnątrz i przygotowuję śniadanie: Dzisiejszy dzień zanosi się nieciekawie. Nie marudzę, po śniadaniu pakowanko i ruszam na Kamienną Lawortę 769 m n.p.m.: Niebawem melduję się na drugim, niższym wierzchołku Kamiennej Laworty 759 m n.p.m.: Minę mam nietęgą. Wygląda na to, że przede mną marny czas wędrówki. Zaraz szykuję się na opad: Schodzę do Ustrzyk Dolnych. Mijam po drodze takie sympatyczne miejsce odpoczynku, z możliwością noclegu pod namiotem: Gromadzyń w zasięgu wzroku: Ze wzruszeniem mijam OW "Pod Dębami", było kimane tutaj w 2015 roku podczas pierwszego przejścia NSK: Obecnie lokal wygląda na opuszczony. Szkoda. Na odpoczynek wbiję do "Niedźwiadka". Uzupełnię kalorie, dam odpocząć stopom, bo w butach nadal chlupie. Na dzień dobry leci kawa "Inka" na mleku! Posiedziałem trochę. Najedzony i opity jak bąk opuszczam lokal i masz, zaczyna kropić. Wbijam do "Żabki", popatrzę co tam mają :)) Opuszczam sklep, opad ustał. Kieruję się na Gromadzyń. Zanim tam dotrę doznam zdziwienia. Otóż na Holicy w lipcu 2023 roku otwarto wieżę widokową. Faktycznie, stoi: A ja już jestem na szczycie. Rządzę w Masywie Równi, do której należy Gromadzyń 654 m n.p.m. Szczyt wita platformą widokową, na której uwalę się na kilka minut: Po odpoczynku ruszam do Równi i na "do widzewa" Holicy. Na grzbiet Żukowa dotrę, ale Holicę odpuszczę. Niech to zostanie na inną razę: W Równi dostępuję zaszczytu, nawet się przejaśniło! Oczywiście należy odwiedzić cerkiew greckokatolicką z I połowy XVIII w. pod wezwaniem Opieki Matki Bożej, od 1969 roku kościół rzymskokatolicki: Po odpoczynku ruszam do Teleśnicy Oszwarowej. Oczywiście przez grzbiet Żukowa. Jeszcze w Równi mijam taki oto przybytek. Zawsze kiedyś może się przydać: Ponad pół godziny potrzebuję aby dotrzeć na grzbiet Żukowa, jestem na Buczniku 768 m n.p.m. i szlak opuszcza grzbiet: Chwilę rozmyślam nad Holicą, z bólem serca odpulam ten temat. Pocieszam się, że wrócę tutaj w ramach osobnej imprezy i tak chyba będzie lepiej. Lansu zadaję do TO: Terenami jestem porobiony. Aż chciałoby się rzucić w trawę: A ja już po drugiej stronie grzbietu. Wylegam na asfalt: Kieruję się do sklepu spożywczego, który był dla mnie ważnym punktem na trasie. Chwila odpoczynku na werandzie sklepu, uzupełnienie zapasów, itd. Niestety sklep w Teleśnicy Oszwarowej to czas przeszły, innymi słowy sklep się "wywrócił"/zdj. z przejścia NSK 2022 rok/: Najbliższy sklep spożywczy znajduje się w Polanie. Zatem ruszam do Polany: Rajd leśny dobiega końca, spotykam tropy niedźwiedzia, serce bije mocniej :)). Zostaje mnie ok. godzina marszu. Pogoda kapryśna, zaduch jest jak diabli. Rozmyślam czy "lanie" mam w pakiecie. Docieram do miejsca, które dodaje otuchy. Uwalę się w trawie na parę minut, wał Otrytu kusi: Nie ma się co wynurzać. Jeszcze do Polany nie dotarłem. Mijam znany mostek, to już trąca Doliną Pańszczówki:I jest tak, zanim dotrę do celu muszę pyknąć się asfaltem dla zdrowia przez Wydrne! Z aparatu już nie korzystam, bo zaczyna kropić, im bliżej Polany tym opad przybiera na sile. Nie dość, że nie mam klepniętego noclegu, to jeszcze przyjdę zlany do majtek. Melduję się w Polanie. Aby dotrzeć do sklepu muszę kawałek odbić od szlaku. Po drodze mijam baner z informacją o noclegu przy kościele. Sklep już niestety zamknięty, ale obok jest otwarty bar, w którym dobrą duszą jest kelnerka Ania. Czekając na zamówione pierogi chwilę pogadałem z Anią, m.in. poruszając temat noclegu, którego nie mam. Ania mnie zapewnia, że Dom Młodzieżowy jest pewny na 100%! I ja jej wierzę :)) Zatem posilony zbieram się i opuszczam bar pięknie dziękując za chwilę gawędy oraz posiłek. Wracam w kierunku szlaku i odbijam w stronę kościoła. Opad deszczu chwilowo ustał, zatem zagęszczam ruchy. Dom Młodzieżowy przede mną. Raz kozie śmierć, wbijam! Na posesji głucho, ale nie poddaję się. Wchodzę do środka, jakiś gość coś tam majsterkuje. Pytam o nocleg:
- idź do drugiego budynku i domofonem wywołaj księdza, słyszę
- ok. Dziękuję za info
Stoję przed domofonem, mam obawy czy będzie. Za chwilę schodzi ksiądz i wprowadza mnie na salony. Placówkę na dzisiejszy nocleg mam naprawdę godną. Loguję się w pokoju i czas rzucić nura. Wykąpany, czyli urodzony na nowo idę kuchni i przygotowuję kolację. Na zewnątrz pada. Niebawem odpadnę. Zmęczony jestem. Dobranoc.
Dzień VIII
Bieszczady
1.06.2026
Polana, Salezjański Dom Młodzieżowy - Otryt Górny, Chata Socjologa
Poranek budzi mnie solidnym opadem deszczu. Opcjonalnie zakładam, że dzisiejszy dzień może być zaliczony jako "kibel day". Po śniadaniu opad "jakby" maleje. Nie, nie zamierzam kiblować, ruszam. Plan jest taki, aby do Chaty Socjologa, później się zobaczy. Żegnam się z księdzem dziękując za godny nocleg i kulam...do sklepu. W końcu mam czas :)). Przyodziany w Paclite-a przemieszczam się w miarę niewielkim opadzie. W sklepie uzupełniłem zapasy i z przyjemnością wracam ponownie do szlaku. Przekraczam Potok Czarny, który rozdziela Góry Sanocko - Turczańskie od Bieszczadów zachodnich. Teraz deszcz mnie nie straszny, podejście na Wańka Dział rozgrzewa do bólu :)) Docieram do wiatki, muszę odetchnąć: Z widoków oczywiście guzik. Padać zaczyna zdecydowanie mocniej, zatem na mnie pora. W 2022 roku wypał węgla drzewnego działał pełną parą: Obecnie cisza. Teraz aby do Przełęczy pod Hulskiem 780 m n.p.m. Pod daszkiem chwila odpoczynku i czeka mnie podejście na grzbiet Otrytu. Do Chaty Socjologa ok. 2 godziny marszu. Teraz będzie lepiej, idę lasem.Przed godziną 14-stą melduję się na miejscu. Chata Socjologa wita!Obawiam się, że dalsza wędrówka nie ma sensu, przeczekam opad deszczu pod dachem. Decyzja krótka, zostaję na nocleg, trudno :)) Na miejscu jest ekipa z Gdańska, których gorąco pozdrawiam, jest nowy chatar. Wysuszę sprzęt, uzupełnię kalorie :), odpocznę. Poza tym liczę na to, że jutro nie będzie padać na Magurze Stuposiańskiej. Zainstalowany w pokoju wieloosobowym czas oddać się pogaduchom, itd. Na dzisiaj koniec.
Dzień IX
2.06.2026
Otryt Górny, Chata Socjologa - Wiata nad Przełęczą Goprowców
Poranna pobudka zionie niepokojem. Może nie tyle że pada, ale jest tzw. kapuśniaczek. Podczas śniadania rozważam ewentualny plan B, na wypadek, gdyby zaczęło lać. Rozważam kolejny postój w "Kolibie" na Przełęczy Przysłup Caryński. Po posiłku ogarniam bajzel i żegnam się z chatarem oraz ekipą z Gdańska. No nic, przyodziany w kurtkę wylegam na zewnątrz. Szału nie ma. Kropi nadal, widoków brak, na trasie bagienko. Ruszam. Schodzę z Otrytu. Aby do Dwernika. Na szczęście bez przygód melduję się na dole. Warunek fatalny: Do Chmielu jest 3 km. To do tego sklepu wczoraj chłopaki z Gdana podklepali na zakupy: Uwaliłem się na chwilę w wiatce pod daszkiem na "małe 5". Pogoda chwilowo szydzi ze mnie. Ruszam. W Dwerniku jest fajne miejsce na nocleg, to wiata stanicy harcerskiej: Przede mną jeszcze most na Sanie, niniejszym na pewno jestem w Bieszczadach: Po drodze mijam kościół św. Michała Archanioła, który powstał w latach 1979-81. Materiały do budowy posłużyły m.in. fragmenty rozebranej cerkwi w Lutowiskach/fot.05.2021/ Kończę przechadzkę asfaltem, niebawem odbiję w lewo w Pasmo Magury Stuposiańskiej. Przede mną "pierwszy tysiączek". Warunek fatalny, ale jest "plus dodatni", przestało padać: Przede mną strefa mroku: Podejście oferowało niezłe grzęzawisko, poza tym serce biło mocno na widok świeżych tropów niedźwiedzia. Tak wielkich odbitych łapsk to ja jeszcze nie widziałem. Nie było czasu na marudzenie :)). Z duszą na ramieniu docieram na pierwszy tysięcznik :)), Magura Stuposiańska 1016 m n.p.m.: Teraz stoję przed dylematem, odbijać do "Koliby"? Opad ustał, do punktu kasowego Pszczeliny - Widełki mam 1.30 godz. Nie, nie, Kolibę odpuszczam, schodzę. Co prawda nie pada, ale zlany do majtek i tak przyszedłem, końcówka była wyborna: Przy punkcie kasowym zrzucam bagaż. Głód w oczy zagląda, czas na obiad. Po wodę zszedłem do Potoku Wołosaty. Podczas przygotowania posiłku, a kuchnia wydała liofa, którego wczoraj odkupiłem od zioma z Gdana. Na niebie dzieją się cuda! Nie wierzę własnym oczom, ale zaczyna się przejaśniać. Nawet MS ujrzałem! Że obiad zjem w promyczkach słońca, to nawet "Starożytni Szwedzi" tego nie przewidzieli: Po posiłku postawiłem na herbatę a następnie zrobiłem kakao. Stać mnie na gest skoro jest tak pięknie. Poza tym czeka mnie podejście na Bukowe Berdo. Po obiedzie polazłem umyć gary w potoku: Podbudowany kaloriami i moralnie czas opuścić miejsce odpoczynku. Żegnam się z Potokiem Wołosaty: Z wykupionym biletem wstępu do BdPN kulam na Bukowe Berdo: Idę krokiem równym, tempem miarowym. Na chwilę odpoczynku zalegam w wiacie. Nie mogę się doczekać wyjścia z lasu. Ruszam. Warunek zdecydowanie się poprawia. W dobrym nastroju wychodzę z lasu: Rządzę na Bukowym Berdzie. Że dostąpię takiego warunku, to się nie dzieje: Z widokiem na Kopę Bukowską, Halicz, Rozsypaniec jest mnie do twarzy: Z widokiem na Ostrą Horę/Гостра Гора 1405 -1404 m n.p.m./również: Docieram w okolice Krzemienia 1335 m n.p.m., z wejścia na szczyt guzik, zakaz. Jestem pod wierzchołkiem tego szczytu, czyli osiągam najwyższy punkt imprezy, czyli ok 1315 - 1320 m n.p.m.: Z wielką radością obcinam na koniec dzisiejszej imprezy, wiatunia czeka na mnie. Już lecę najdroższa! W zdrowiu osiągam Przełęcz Goprowską 1160 m n.p.m.: W okolicy godziny 19-tej docieram na miejsce. Obawiam się, że nie będę w stanie wykrzesać z siebie więcej siły, aby zejść do Wołosatego, nie dam rady. Trudno, zostaję: Nocleg w tej wiacie zaliczam do najpiękniejszego na trasie. W puchu uwalony obserwuję wschód księżyca w kolorze czerwonym. Niesamowite wrażenie, normalnie ciary! Zarzuciłem szybką kolację i odpadam snem sprawiedliwego, padnięty jestem. Dobranoc.Dzień X
3.06.2026
Wiata nad Przełęczą Goprowców - Przełęcz pod Czerteżem, utulnia
Spanko miałem dobre. Bladym świtem się budzę i obcinam na warunek. Jest dobrze. Jest trochę pochmurane, ale i szanse na widoki są duże. Czas zatem na śniadanko: Po posiłku zbieram się nieśpiesznie, aby w Wołosatem nie wzbudzać podejrzeń. W planie mam odwiedzić Tarnicę 1346 m n.p.m. Szlak Karpacki pomija ten szczyt, ale mam smaki tam zajrzeć i to uczynię. W drogę, nic tu po mnie. Docieram do Przełęczy 1275 m n.p.m.: Jako, że mnie stać, odbijam na szczyt szlakiem żółtym. Melduję się na Tarnicy 1246 m n.p.m., najwyższy szczyt Bieszczadów Zachodnich: Widoczność jest jednak średnia. Obcinka na Połoniny Wetlińską i Caryńską z fragmentem Szerokiego Wierchu: W kierunku Wielkiej Rawki, tam idę: Ok, pora schodzić. Przede mną Wołosate i przy okazji wypogadza się, co jest chwalebne: Ślady dawnej wsi Wołosate: Chwilę się pokręciem po cmentarzu, po czym kulam do punktu kasowego, przy którym już są spore tłumy, co mnie z kolei bardzo pasuje. Nie będę się rzucać w oczy, na kiego mnie to :)). Korzystając z dobrodziejstwa bezpłatnej toalety doprowadziwszy się do prządku, ruszam na odcinek specjalny do Ustrzyk Górnych. Tarnicy na do widzenia: Obowiązkowa chwila przerwy przy punkcie końcowym/początkowym Głównego Szlaku Beskidzkiego: Zajrzałem jeszcze naprzeciwko do sklepiku. Kupiłem paskudne słodkie bułki, bo miałem smaka. Po tym przerywniku przede mną OeS-ik specjalny do UG: Mając przed sobą odrobinę asfaltu postanowiłem zadzwonić do Krzysztofa, który na YT prowadzi swój kanał I gdzieś tam się idzie Prowadzimy "telekonferencję" gdy nagle podjeżdża Straż Graniczna. Rozłączam się i poddaję się czynnościom kontrolnym, czyli dokumenty, gdzie idę, itd. Wszystko oczywiście na luzie, bez żadnej napinki. Jeszcze chwilę pogadaliśmy o sprawach mniej ważnych i życząc mi udanej wędrówki żegnamy się w zgodzie. Wykręcam ponownie numer do Krzysztofa i pogrążeni w rozmowie, nie wiedzieć kiedy zbliżam się do Ustrzyk Górnych: W Ustrzykach Górnych robię dłuższą przerwę. Zaczynam od wizyty w sklepie spożywczym, ten przy parkingu. Byłem w tym sklepie po raz ostatni, ceny mnie powaliły. Wyniosłem się naprzeciwko do sklepu Centrum, dokupujc resztę potrzebnych mnie rzeczy. Na obiad tradycyjnie podklepałem do Zajazdu "Pod Caryńską". Tutaj też niefart. Dostałem obiad, ale ziemniaki odgrzewane, paskudztwo! Rozczarowany obiadem szykuję się do wymarszu. Przede mną podejście na grzbiet Wielkiej Rawki. Zatem w drogę! Ponownie asfaltu kapkę na rozruch. Mijam schronisko PTTK "Kremenaros", kulam do parkingu przy Potoku Rzeczyca. Przede mną podejście na grzbiet Wielkiej Rawki 1307 m n.p.m., czyli najwyższego punktu pasma granicznego: Mając w pamięci przejście z 2022 roku to właśnie na tym grzbiecie zostałem zlany do majtek. Teraz jest nadzieja, że dotrę tam suchy. Przede mną mozolne podejście i w wiacie - okolice pólmetka - robię postój. Czas na drugą połowę trasy. Na grzbiet docieram usatysfakcjonowany. Obcinam skąd idę, Tarnicy i Krzemieniowi macham na "do widzewa": Nie mogę pominąć "Chatki Puchatka", w której to niedawno raczyłem się szarlotką będąc na wspólnym melanżu z Satanem w ramach akcji Spotkanie na Szczycie Ale coś mnie tu śmierdzi. Pogoda dopisuje, jest jednak zaduch. Coś mnie uwiera, że chyba opadu nie uniknę. Odpuszczam szczyt Wielkiej Rawki. Przemieszczam się już granicą PL-UA: Pierwszy raz w życiu widzę ukraińskich pograniczników. "Duże 10" na gawędę się należy: Wcześniej łypiąc swoim skorumpowanym wzrokiem na Krzemieniec 1221 m n.p.m nie mam wątpliwości, że jednak lania nie uniknę: Zbliżam się do Trójstyku Granic, Wielką Rawkę pozdrawiam: No i masz, zaczyna padać. Może to nie jest tak spektakularna zlewa jak w 2022 roku, ale pod daszkiem muszę się schronić. Krzemieniec 1221 m n.p.m., melduję się: Przeczekując opad /tradycji stało się zadość/, słyszę jakąś zbliżającą się grupę. Wspólnie przeczekując opad chwilę pogadaliśmy i okazuje się, że to towarzystwo z Kielc, których gorąco pozdrawiam. Opad po jakimś czasie mija, ba, nawet wychodzi słońce, zatem czas się pożegnać i otwieram kolejne rozdanie, czyli do okolic Wysowej Zdroju kulam po słupkach granicznych. No to w drogę: Mijam Kamienną 1201 m n.p.m.: Myślami jestem już w wiacie na Przełęczy pod Czerteżem. Do celu niedaleko, mijam pomnik radzieckiego żołnierza: ZA chwil parę melduję się na Czerteżu 1071 m n.p.m.:Do utulni zostaje ok. 20 minut marszu wg szlakowskazu. Ok, czas na ostatnią prostą i nieco styrany docieram do celu. Okazuje się, że nie jestem sam. Współspacze, z którymi mam przyjemność to młode małżeństwo, które zaanektowało stryszek na dzisiejszy nocleg, zatem loguję na dole. Póki jestem żywy, ogarniam barłóg, idę po wodę do źródełka, przy okazji się "wykąpałem", po czym chwila rozmowy następnie kolacja i potrzebuję snu, odpadam. Dobranoc.
Dzień XI
4.06.2026
Przełęcz pod Czerteżem, utulnia - Balnica
Spałem bardzo dobrze. Odnoszę takie wrażenie, że zaczynając przejście NSK z końcem maja, w ptasich trelach uczestniczyło zdecydowanie więcej ptaków, obecnie jest ich mniej, takie mam odczucia. Zwlekam się z barłogu i szykuję śniadanie. Współspacze na stryszku chrapią w najlepsze. Posilony i spakowany żegnam się z "lokatorami" i ruszam na Riabą Skałę. Wcześniej utulni na do widzenia: Atak na Czoło 1159 m n.p.m. niczym poranna rozgrzewka: Riaba Skała przede mną: Łypię na Wyhorlat, ostatni plan: Schodzę na bardzo piękną polanę na końcu której znajduje się wiata, a w której to kimaliśmy z Roncem podczas bieszczadzkiej majówki A.D. 2012. Riaba Skała 1160 m n.p.m. SK, ogarniam pot z czoła i macham Tarnicy: Na chwilę odpoczynku kieruję się na naszą stronę RS, tam jest ławeczka. Riaba Skała PL 1199 m n.p.m.: Podczas gdy delektuję się ciszą nadchodzi turysta od strony Wetliny. Chwila rozmowy i kulam na kolejny szczyt. No i jestem, Dziurkowiec 1189 m n.p.m. Widoki z niego zachwycają: Muszę odsapnąć: Przede mną bardzo kameralny odcinek na Płaszę, zbieram się. Po drodze mamy dwa źródełka, do których trzeba nieco odbić ze szlaku. Melduję się na Płaszy 1163 m n.p.m.: Przy stosownej okazji, szczyt rzeczony będzie brany pod uwagę pod kątem noclegowym, ten kamienny murek bardzo mnie inspiruje. A ja kulam dalej. Melduję się na kolejnym szczycie zajechany jak kucyk fotografa! Okrąglik 1101 m n.p.m.: Jestem zmuszony zrobić dłuższą przerwę bowiem dzieją się sceny dantejskie. Jest kumulacja różnych biegów. Odbywają się jednocześnie "ze trzy" imprezy biegowe. No trudno, se myślę, muszę z tym jakoś żyć. Za to nielicha niespodzianka czeka mnie na Przełęczy nad Roztokami 801 m n.p.m., co się tu k***a wyprawia! :)) Nie, nie...zaczynam odczuwać dyskomfort, daję dyla do wiaty na słowacką stronę, pora i tak jest obiadowa. Nie mam wyjścia! /zdj. maj 2022 rok/ Podczas posiłku bardzo mocno rozważam w przyszłości imprezę w słowackiej części Bieszczadów, czyli Bukovské vrchy. Posilony pakuję mandżur i wracam do szlaku. Do Balnicy zostaje mnie ponad cztery godziny: No to w górę serca! Mijam Rypi Wierch 1003 m n.p.m.: Mając sensowne miejsce na odpoczynek, korzystam. Upał daje się we znaki: Kolejny szczyt to Stryb 1011 m n.p.m., z jego okolic mam niezły widok na Masyw Hyrlatej, ale niepokoją mnie chmury, czyżby lanie?! Ależ oczywiście, dlaczego nie?? Na Czerenin mam ok. 4 km, może zdążę. Zatem do przodu! Melduję się na Czereninie 928 m n.p.m.: Jako to mówią nadzieja umiera ostatnia. Poniżej szczytu mijam trójkątny słup graniczny: Zaczynam bardzo wierzyć, że do Balnicy dotrę suchy. Niestety, czar pryska. Jestem ok. 2 km przed końcem dzisiejszej wędrówki, przed końcową "ścieżką zdrowia". Początkowo zaczyna kropić, pocieszam się, że to tylko przelotny opad. Ale nie, zamiast wcześniej przyodziać membranę, to ja kleję głupa, że może się uda. Niestety, ma wpół zlany do majtek raczę dopiero zarzucić na siebie paclite-a. Docieram do bazy zlany do majtek, czyli klasycznie :)). Balnica po zlewie:Zainstalowany u Wojtka lokuję się w bufecie zamawiając fasolkę i herbatę. Później z ofertą wychodzi żona Wojtka oferując naleśniki z truskawkami. Se myślę, lepiej nie mogłem trafić, wchodzę w temat! Najedzony i opity jak bąk wracam na pokoje. Ze mną jest jeszcze dwóch Słowaków, którzy uratują moje nędzne dupsko, ale nie uprzedzajmy faktów. Wykąpany muszę zlec, jestem po prostu padnięty. Dobranoc.
Dzień XII
Bieszczady / Beskid Niski
5.06.2026
Balnica - Núdzový stan
Budzę się i nasłuchuję. Nie pada! W pokoju wieloosobowym jestem sam, Słowacy zajęli piętro wyżej. Dlatego w pełnym komforcie zaczynam się "tłuc" bladym świtem. Po śniadanku - zamówiłem u Wojtka jajecznicę z dodatkami - żegnam się z gospodarzem i Słowakami, czas ruszać. Dzisiaj kończę Bieszczady i zacznę ostatnie pasmo, czyli Beskid Niski. W drogę! Jak dobrze pójdzie, za 5,5 godziny będę już w Beskidzie Niskim: Póki co, rządzę w Paśmie Granicznym/Gmyszów Wierch 870 m n.p.m./: Kulam do Wysokiego Gronia. Zanim dotrę, przede mną bardzo zacne podejście na Wierch nad Łazem 857 m n.p.m.. Okazuje się, że mijam znajomych Słowaków. Na szczycie wyrównanie oddechu i ostatnia prosta: No i jestem na miejscu, Wysoki Groń 905 m n.p.m., najwyższy punkt zachodniej części Pasma Granicznego: Kończę przygodę z bieszczadzkim odcinkiem Pasma Granicznego: Schodzę do Zubeńska: Na odpoczynek wbijam do wiaty: Do Łupkowa już niedaleko. Zdaje mnie się, że szlak niebieski do Nowego Łupkowa już nie dociera: Jak widzę, trwają prace nad przywróceniem pierwotnego charakteru cmentarza wojennego oraz uporządkowanie cmentarza greckokatolickiego: A ja tymczasem zbliżam się do "Chaty na Końcu Świata" w Łupkowie: Jest za wcześnie aby zlec w tym lokalu, kiedyś muszę tu zajrzeć na nocleg. Kimałem tu ze dwa razy, zawsze pod namiotem: Melduję się w Łupkowie. Cerkwisko tym razem odpuszczam: Odbijam na szlak zielony/dawny NSK/ do Nowego Łupkowa, muszę sklep odwiedzić uzupełnić spiżarnię i przy okazji coś zarzucić. Jako, że mam czas dzwonię do Krzysztofa na pogaduchy. Dwa kilometry pękło jak z bata strzelił. Instaluję się w werandzie sklepowej, pora na zakupy i posiłek. Jest taki ukrop, że na obiad lecą frykasy: Posilony nieco zbieram się. Odwiedzam stację kolejową: Warunek się kiepści. Oby zdążyć na nocleg. Przez chwilę rozważam nawet opcję noclegu na stacji, ale szkoda mi czasu. Nie, nie, trochę bez sensu. Docieram na Przełęcz Łupkowską 640 m n.p.m.: Kwadrat na przełęczy pusty: Nie uśmiecha mnie się tu zostać na nocleg. To, że lunie jest pewne. Pytanie jest nie czy, ale kiedy. Po zlewie coś takiego na dzień dobry?? Nie ma mowy. Wtaczam się do lasu, rządzę w Beskidzie Niskim! Na nocleg docieram w bardzo sensownej porze. Melduję się w przybytku takim jaki znajduje się na Przełęczy Łupkowskiej. Kwadrat zwie się Núdzový stan. I tutaj również nie jestem sam. Znajomi Słowacy z Balnicy już okupują lokal. Pozostaje mnie rozbicie namiotu. Jako, że z czasem stoję znakomicie, lecę jeszcze po wodę do Źródełka Radoszyckiego. Na Przełęczy Radoszyckiej, ostatnie zdjęcie tego dnia:"Zatankowany" wracam do bazy. Idzie na zlewę, jest pochmurane, parno i cicho jak po śmierci organisty. Zaczynam rozbijać namiot. Nagle słyszę tryyyk! Strzeliła złączka stelaża. Patrze z niedowierzaniem i se myślę, no to jestem w dupie! Z pomocą przychodzą Słowacy. Okazuje się, że to survivalowcy pełną gębą. Jeden z nich wyjął "tasak" i poszedł w las wyciąć odpowiednio długi "kijek", taka prowizorka na jeden nocleg okazuje się dla mnie zbawieniem. Z tego wszystkiego zapomniałem o kolacji, golnąłem jedynie dużego garnucha z tabletką. Wszystko spakowałem do namiotu, po czym usiłuję zasnąć. Nie ma opcji, za dużo wrażeń na wieczór :)) Do tego po godzinie 22-giej nadchodzi "czarna noc". Zaczyna wiać, po jakimś czasie zaczyna padać a następnie lać. I tak przez całą noc! Ostanie moje słowa przed nocnym czuwaniem bez butelki brzmiały:
- ja pierdolę!
Dobranoc.
Dzień XIII
Beskid Niski
6.06.2026
Núdzový stan - Jasiel, pole biwakowe
Przetrwałem! Ze spania tak naprawdę guzik. Nie licząc, że głowa ze trzy razy opadła. Lało całą noc i leje nadal. Cud, że śpiwór nie zamókł. Cały czas czuwam i obmyślam plan działania, jest on prosty jak włos Mongoła:
- śniadanie zjem w takim samym przybytku na Przełęczy Kalinowskiej
- imprezę zakończę dzisiaj w Jasielu
- odmówiłem zdrowaśkę, aby nie było "Pana Profesora", który anektuje wiatę w Jasielu na okres wakacyjny
- namiot od tej pory - nie pierwszy raz zresztą - posłuży tylko i wyłącznie jako podgłówek.
Wyczekuję cierpliwie leżąc w namiocie na przerwę w opadzie, aby się jak najszybciej ewakuować. No i masz, dożywam momentu, że opad słabnie. Wywlekam się z namiotu, szybkie pakowanko, podziękowania za pomoc Słowakom i daję dyla. Ten odcinek na długo pozostanie w mojej pamięci. Idę w mroku. Osiągam Stredný Hrb, miejsce w którym łączy się szlak zielony relacji Besko - Komańcza. Dobry punkt na biwak, ale nie w tym warunku: Około 10 minut dalej jest polskie oznaczenie Garbu Średniego 822 m n.p.m. Docieram na Pasikę/Wielki Bukowiec 848 m n.p.m.: Osiągam Kalinovské Sedlo 802 m n.p.m.: Robię przerwę na śniadanie. Wejście do środka też trąca hardcore'm, jestem mokry po pas :)) Te trzy lokale najlepsze lata mają dawno za sobą, niestety. Zasiadam do posiłku, jakże mi tego brakowało. Po posiłku, trochę podbudowany ruszam na Kanasiówkę. Klimat nadal i wciąż mroczny, jedyna pociecha, że nie pada: Melduję się na Kanasiówce 823 m n.p.m.: Jak się nic dziwnego nie wydarzy, za ponad godzinę będę w Jasielu, jakże mnie tęskno: Po drodze spotykam jeszcze kilku turystów, pytam czy wiata w Jasielu jest pusta? Twierdzą, że tak! Ale spokojnie, jest dobrze, za chwilę będę pewny na 100% :)). Przed godziną 14-stą jestem na miejscu. Wiata faktycznie pusta, kamień z serca! Logowanko, dzisiaj koniec imprezy. Muszę podsuszyć zawartość plecaka i odespać zarwaną noc: O dziwo, pole biwakowe oblężone, to efekt łyk-endu bożocielnego. Stoi kilka namiotów. Ognisko oczywiście płonie, później ekipa zaprosi na giętą z ognia. Obserwuję, że co niektórzy zaczynają się zwijać. Jak zawsze gdy docieram na biwak do Jasielu, moja spiżarnia ma się marnie. Tak jest i tym razem. Obserwuję, że co niektórzy zaczynają się zwijać. Podszedłem z pytaniem, czy mają trochę żarcia na zbyciu. I masz, za chwilę będę opływać w dostatki. Dostałem trochę chleba, dwie konserwy i pasztet, także nie jest źle. Późnym popołudniem, jak już trochę wydobrzałem, dołączyłem do ogniska na giętą, pogaduchy, itd.:Nie siedzę długo, zarwana noc daje się we znaki. Dziękując za poczęstunek i towarzystwo muszę zlec. Dobranoc.
Dzień XIV
7.06.2026
Jasiel, pole biwakowe - Zyndranowa, "apartament" SKPB Rzeszów
Spałem jak zabity. O poranku jestem jak nowo narodzony. Moc wraca z siłą wodospadu. Pobyt w Jasielu jest dla mnie zawsze kojący, kupa pozytywnych wspomnień! Czas zatem na śniadanie: Po posiłku pakuję bajzel. Dzisiejszy dzień jest dla mnie ważny, bo jestem umówiony z Krzysztofem z kanału YT "I gdzieś tam się idzie" w Zyndranowej. Widokiem na pomnik usytuowany w miejscu dawnej strażnicy, zaprojektowany przez Stanisława Bika, ku pamięci polskich żołnierzy, którzy ewakuując placówkę wpadli w zasadzkę UPA, żegnam się z Jasielem: Spakowany żegnam się z ekipą dziękując za poczęstunek i towarzystwo. Kulam na Kamień. Warunek dzisiaj znakomity, słońca kapkę nigdy za wiele: Po drodze spotykam miłośników obserwacji ptactwa: I ruina dawnej strażnicy WOP: Mijam cerkwisko z połączoną kwaterą żołnierzy radzieckich: Przede mną atak na Grzbiet Graniczny, duchota się zaczyna: W drodze na Kamień: tradycyjnie chwila zadumy na cmentarzu wojennym na Kamieniu: Docieram na Kamień 857 m n.p.m., odbiję do punktu szczytowego. Myślałem, że będę sam. Będąc na miejscu słyszę jednak jakieś głosy. Po chwili wtacza się grupa turystów, który prowadzi sympatyczny przewodnik Kazimierz, którego pozdrawiam: Szczyt oferuje fragment widoku w kierunku Tokarni: Żegnając się z ekpią wracam do szlaku i do kulam do Czeremchy. Z racji nielichego upału a korzystając z okazji postanowiłem wykąpać się w Bełczy. Po kąpieli siły wracają. Docieram do Czeremchy i widzę nową wiatkę, która budzi mój podziw: Podczas postoju w wiatuni, nadciąga małżeństwo, z którym ucinam pogawędkę i po chwili dołącza gość z crką, który jak się okazuje przybył tutaj z Wrocławia! Zeszło ponad pół godziny na gawędę. Niby z czasem stoję dobrze, ale przecież jestem umówiony z gościem specjalnym w Zyndranowej. Żegnam się i ruszam. Podczas rozmowy telefonicznej Krzysztof wspominał mnie o jakimś szlakowskazie z kierunkiem m.in. na Howerlę, którego za diabła nie kojarzyłem. No i masz, już wszystko jasne: Beskid Niski rządzi: Pozdrowienia ze Szlaku Karpackiego: Po drodze dzwonię do Krzysztofa, łatwo nie jest, co trochę brak zasięgu, ale udało się. Z rozmowy wynika, że czasu mam jak cygan gwoździ, zatem nie ma się co napinać tylko kroczyć dostojnie i w spokoju. Odpocznę i golnę zdroju z plastikowego peta na Jałowej Kiczerze: W trakcie odpoczynku wodze fantazji popuszczam przy tym niewinnym szlakowskazie, a konkretnie chodzi o Przełęcz Dukielską 1 h 5 min., przecież w tym miejscu kończy się lub zaczyna bezmiar wypasu, czyli Cesta hrdinov SNP. A gdyby tak... Nie kufa, idę do Zyndranowej. Z racji bardzo dobrego czasu nie schodzę czarnym szlakiem do Chatki, ale dociągnę niebieski do żółtego i do celu dotrę od dupy strony, stać mnie na taki gest :) Prawie w domu: Jeszcze tylko mały OeS-ik: I wtaczam się do jednego z najlepszych miejsc odpoczynku w Beskidzie Niskim, Zyndranowa na dzień dobry: Chata zamknięta, zatem wbijam do wiaty, zawsze w niej nie spałem! Jestem przed godziną 19-stą. Loguję się, rozpalam ognisko, postawiłem na herbatę, itd. Dzwonię do Krzysztofa, celem ogarnięcia sytuacji. Postanowiłem dorzucić do paleniska, kompan może zmęczony. Poza tym ciepło od ogniska zawsze na mnie pozytywnie działa. Wszystko jest ok, czekam na gościa specjalnego. W trakcie oczekiwania usiłuję zaprzyjaźnić się z tym oto jakże zacnym bocianem. Jebaniutki, nic a nic się nie boi: W pewnym momencie słyszę ujadanie psa w oddali. Kierunek się zgadza, czyli od strony grzbietu - czarnego szlaku dojściowego do Chatki - kto to może być jak nie Krzysztof! No i masz: Obowiązkowe witanko: W trakcie pisania relacji Krzysztofa film na jego kanale I gdzieś tam się idzie już krąży w sieci. Na moją prośbę Krzysztof przywiózł trochę wiktu, ale to co ujrzałem podczas rozpakowania plecaka przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Boczek, Fasolka biała, cebula, serki, grejpfrut i inne! Zasiedliśmy jak normalni biali ludzie do stołu racząc się tym i owym: Uzupełniwszy kalorie na dalsze gawędy "usiedlyMy" przy ognisku:Na zewnątrz rozpadało się na dobre, my niczym nie wzruszeni pławimy się w luksusie...Nadchodzi pora snu. Wbijam na stryszek, odpadam. Dobranoc.
Dzień XV
8.06.2026
Zyndranowa, "apartament" SKPB Rzeszów - Ożenna, wiata "Marco Kwolo"
Wszystko co dobre szybko się kończy. Poranne cucenie, szykujemy śniadanko i w drogę. Ja już na końcówce Szlaku Karpackiego, Krzysztof jak to ma w zwyczaju, zapewne coś wyniuchał ws starego przebiegu szlaku tegowoż. Posileni, spakowani, ostatnie czynności: I ruszamy do Grzbietu Granicznego. Żegnamy Zyndranową: Do grzbietu idę w Crocs-ach, po wczorajszej ulewie żal by było niszczyć dosuszone lacze. Przy słupku I/153 żegnamy się: Krzychu wbija w "krzaki", czyli w rejony starego przebiegu Szlaku Karpackiego, ja kulam na Przełęcz Dukielską. Widząc ten napis: Nie mogę się powstrzymać i wbijam na drugie śniadanie mistrzów racząc się schabowym w pakiecie. Obżarty jak bąk wracam na zmieniony fragment szlaku, czyli ponownie do Przełęczy Dukielskiej 500 m n.p.m.: Stoję przy słowackim oznaczeniu przełęczy i chwilowo jestem w miejscu przecięcia się trzech szlaków dalekobieżnych, czyli NSK, Východokarpatská magistrála i początek/koniec Cesta hrdinov SNP: Przede mną podejście na Brdo 645 m n.p.m.: Docieram do słupka granicznego I/160: Bardzo fajne miejsce, ale walory psują słupy wysokiego napięcia, daję dyla w las. Porubské sedlo, Szlak Karpacki wraca do pierwotnego przebiegu. Jako, że mam uszkodzony namiot, zmuszony jestem do wariantu noclegowego w wiatach. Najbliższy nocleg mam w Ożennej, także nie muszę spinać. Pierwszy postój robię w wiacie "Na granicy" I/165 i potem na Baraniem 754 m n.p.m.: Na Przełęczy Mazgalica kolejna przerwa poparta gorącą herbatą i sucharem: Od Przełęczy Mazgalica jestem trochę znużony. Odżywam dopiero na Przełęczy nad Ciechanią/Sedlo Tepajec 570 m n.p.m. Obowiązkowe "duże 10": Następnie melduję się przy pomniku pamięci poległym w I i II wojnie światowej: Kolejna "stacja" to Filipovské sedlo 656 m n.p.m. i docieram do słupka granicznego I/186. Żegnam się z czerwonym szlakiem, czyli Wschodniokarpacką Magistralą oraz zielonym relacji Kečkovce - Gorlice: Do końca dzisiejszej imprezy zostaje ok. godzina marszu. Przed godziną 19-stą melduję się w wiacie "Marco Kwolo" w Ożennej:O dziwo, na miejsce docieram wypoczęty! Dlatego zrzucam klamota i robię sobie przechadzkę po wodę i mleko kozie do znajomego gospodarza u którego uprawiam ten proceder od kilku lat. Także Ożenna jako punkt noclegowy bardzo mi pasuje. Zaopatrzony po zęby wracam do wiaty i kolację leci kakao z jakąś kromeczką. Mając ogarnięty barłóg, zalegam na schodkach z gorącym napojem w ręku i chłonę widoki. Impreza powoli dobiega końca. Rozmyślam o jutrzejszym noclegu. Taszczę namiot z którego nie mogę korzystać. O żeż, ja p.., no nie, nie będę się wyrażał. Dobranoc.
Dzień XVI
9.06.2026
Ożenna, wiata "Marco Kwolo" - Wysowa-Zdrój, agro
Budzę się bladym świtem. Dzień mnie wita piękną pogodą. Zatem zwlekam "swoje zwłoki" i biorę się za śniadanie. Podczas posiłku rozważam nad noclegiem w Wysowej - Zdroju. Zawsze tam miałem pewne komplikacje. Planowałem wcześniej nocleg przy platformie widokowej pod Jaworzynką, ale bez namiotu marnie to widzę. Tym bardziej, że pogoda w kratkę. Ale dobra, później będę się martwił. Zwijam bałagan i ruszam. XVI dzień marszu, jest dobrze. Żegnam się z gospodarzem, u którego wczoraj kupowałem mleko i o"odgrażałem" się, że odwiedzę go przy najbliższej okazji. Ożennej na do widzenia: W drodze na przełęcz odwiedzam nowe miejsce noclegowe w rozsądnych pieniądzach. Krzysztof mnie o tym wspominał podczas rozmowy w Zyndranowej: Przy nadażającej się okazji, nie omieszkam. Zbliżam się do Przełęczy Beskid nad Ożenną 587 m n.p.m.: Do Koniecznej ok. 3 godziny marszu. Jestem na Przełęczy pod Dębim Wierchem 566 m n.p.m. Przy odbiciu do Radocyny muszę wyrównać oddech: Robi się duszno. Obawiam się, że dawno nie padało. Szafa na plecy i w drogę. Docieram do miejsca, gdzie włosy dęba stają. Nie żebym narzekał. Ale taki widok na Jaworzynę to ja szanuję: Zmierzam tam, podejście będzie jedno z godniejszych:)) Jak mnie się zdaje, to jeszcze Stebnícka Magura mnie się objawia! Docieram do miejsca, które również mnie wzrusza. Droga do Radocyny: Konieczna z widokiem na cerkiew św. Bazylego Wielkiego: Za chwilę od Przełęczy Dujawa 547 m n.p.m. kieruję się cmentarz wojenny na Beskidku projektu Dušana Jurkoviča. Odpocznę, chlipnę co nieco: Przechodzę do kulminacyjnego punktu programu. Niebawem zacznie się podejście na Jaworzynę. Chwila na wyrównanie oddechu: Zwieram poślady i jestem na Jaworzynie 881 m n.p.m.: No i cóż, koniec imprezy na horyzoncie. Chełm w zasięgu wzroku: Przede mną zejście na Sedlo Regetovská Voda 620 m n.p.m.: Czas teraz na podejście na Obycz 788 m n.p.m.: To pieruństwo daje popalić jak diabli. Na platformę widokową pod Jaworzynką nie idę, zaczyna grzmieć. Także nie mam czasu. Za chwilę żegnam Pasmo Graniczne: Duszno jest jak diabli. Stać mnie jeszcze aby się wykąpać w potoku. Przede mną bardzo monotonny odcinek do Wysowej - Zdroju. Będzie lało. Kufa, końcówka imprezy daje popalić. Za dnia ukrop, pod wieczór zlewa. Szuterek mnie dobija, nuda! Nie trzymam ciśnienia, Już chcę być w WZ, a tu masz, na dodatek grzmi. Schodzę do asfaltu. Widzę pierwsze agro. Nie mam nic do stracenia. Wbijam na posesję i pytam o nocleg. Proszę bardzo, jest nocleg. Zatkało mnie, pierwszy raz w życiu w Wysowej - Zdroju mam nocleg z marszu:Loguję się w pokoju i idę do sklepu uzupełnić spiżarnię, później nie będzie sensu. Nade mną ołowiane chmury. Z zakupami wracam do pokoju, zaczyna kropić. Wygląda na to, że udało się. Suchy loguję się pokoju. Muszę się wykąpać, dzisiejszy dzień dał się we znaki. Pachnący wracam na pokoje. Przygotowuję kolację, telefon do domu i czas się kłaść. Leje. Jutro kończę trzecie przejście Niebieskiego Szlaku Karpackiego. Dobranoc.
Dzień XVII
10.06.2026
Wysowa-Zdrój, agro - Grybów - Wrocław
Padało całą noc. Budzę się bladym świtem i nasłuchuję, pada nadal. Wstaję i czas na śniadanie. Po posiłku pakuję bajzel i wychodzę na balkon. Opad maleje. Jeszcze jedna herbata i wybywam. Przed siódmą już jestem na szlaku: Jest paskudnie, ale przestało padać i tego się trzymam. Zostawiam Wysową - Zdrój. Na Przełęczy Hutniańskiej: Czyżby ze skrótu poza szlakiem do Ostrego Wierchu guzik? Melduję się w Ropkach. Jest tutaj miejsce, w którym marzę o noclegu. To weranda tej chatynki: Ta łemkowska chyża wyzwala we mnie kupę pozytywnych wspomnień: W 2015 roku podczas pierwszego przejścia Szlaku Karpackiego wpadłem tutaj na ciasto: Ropki oferują taką fantastyczną wiatkę: Mijam "Siwiejkę". Według informacji do końca imprezy mam 30 kilometrów: Jest pięknie: Po odcinku specjalnym po asfalcie docieram do odbicia szlaku. Do Wawrzki 7 godzin: Wtaczam się do lasu. W razie opadu później zmoknę :)). Mijam Dzielec 717 m n.p.m., Jaworzynkę 777 m n.p.m. i na Bordiów Wierchu 752 m n.p.m. chwila odpoczynku: No i po butach.Zaraz będzie chlupało aż miło: Schodzę do drogi asfaltowej i zaczyna padać. odbijam ze szlaku w lewo do wiaty przystankowej celem przeczekania opadu. Bawię w Czarnej. Opad przechodzi, wracam do szlaku na kolejny grzbiet. Atakuję Homolę 712 m n.p.m., na Chełm ponad 5 godzin: Widoki z Flaszy klękły: Chełm tonie we mgle: Zaraz dotrę do Wawrzki. Głód w oczy zagląda, a na Chełm trza jakoś doczłapać! Jako, że trochę wieje parkuję na ławeczce. Jest spokojnie, zatem czas obiad! Posilony ruszam na ostatni szczyt, czyli Chełm. Bardzo dobrze zrobiłem, że niżej zostałem na obiad. Tutaj "paszałem" w 2022 roku, obecnie wieje na bogato: Przede mną podejście na ostatni szczyt. Upocony docieram, Chełm 781 m n.p.m. wita mnie mrocznie. Nie zraża mnie to: Schodząc z Chełma warunek leci na łeb, na szyję. Mgła opada, zaczyna kropić. Do Podchełmia docieram jeszcze w miarę suchy: Dalej to już równia pochyła. Opad przybiera na sile. Pozytywny aspekt jest taki, że przede mną już tylko asfalt: Nieco zlany stawiam się w zdrowiu w Grybowie. Oczywiście akcja Państwa, które nagradza tych co przeszli z Rzeszowa do Grybowa działa nadal i wciąż. Po drugi dostępuję zaszczytu tego jakże miłego gestu: W 17 dniu wędrówki o godzinie 18.40 melduję się na mecie. Grybów PKP 333 m n.p.m., trzecie przejście Niebieskiego Szlaku Karpackiego stało się faktem: Epilog. Teraz aby się tylko wydostać z Grybowa. O 21.54 mam TLK do Kraka, w którym ląduję o 23.45, a o 0:15 kulam Flixem do Wro. W domu jestem przed 5.00. Ze Szlakiem Karpackim się nie żegnam. Nadal i wciąż twierdzę, że to dla mnie najlepszy szlak długodystansowy w polskich górach. Na podstawie trzech przejść twierdzę, że lokalni mieszkańcy są bardzo pomocni i gościnni, nie dadzą z głodu zginąć :)), a dla mnie są imprezy życia. Bardzo się obawiałem, że przy obecnym przejściu może wiać nudą co z kolei mogło przełożyć się na znużenie i brak motywacji. Nic z tego, każde przejście było dla mnie inne i równie ważne. Z podziękowaniem dla Krzysztofa, który wpadając na małe co nieco do Zyndranowej przeszedł sam siebie. Tak pysznej fasolki z boczkiem dawno nie jadłem :) To są chwile, dla których się żyje. Jest pewien pomysł na przyszły rok, zanim zdecyduję się na Główny Szlak Sudecki, zacznę od pewnej alternatywy, czyli niebieski szlak Szklarska Poręba Dolna - Pasterka -Machowski Krzyż. Ale to pieśń przyszłości, różnie może się ułożyć. Na zakończenie coś widokiem na Jaworzynę Konieczniańską, bo ten widok na szlaku wbił mnie w ziemię:Mając na uwadze fakt, że dla takich chwil się żyję, tak zakończę relację.
Dziękuję za uwagę.





























































































































































































































































































































































Komentarze
Prześlij komentarz