W mackach Suchego Szczytu

Prawdę napiszę, że nie pamiętam kiedy ostatnio byłem w Masywie Śnieżnika, a na Śnieżniku to na pewno w czasach, gdy nie było na szczycie wieży widokowej.

Kroi się kolejna impreza. Tym razem padło na Masyw Śnieżnika. Zaczniemy jednak od czeskiej strony mocy. Miło będzie odwiedzić stare rewiry, zatem trza pakować szafę, bo czasu mało a roboty dużo.

 9.05.2026 

Wrocław - Lichkov - wiata nad Morawą

Umówiony jestem z Frankiem na Dworcu Głównym, pykniemy się KD-kiem do Lichkova o 6.13. Spotykamy się w "Biedrze", po czym wizyta w McD, bo Franek ma smaki na kawiankę. Jako, że dawno się nie widzieliśmy to podróż mija nam błyskawicznie na pogaduchach. W zdrowiu docieramy do sterfy zrzutu, Lichkov wita:
Przechadzkę zaczniemy od szlaku zielonego:
Zatem w drogę. Meldujemy się w miejscu Lichkov - U Dvora 529 m n.p.m.:
Trzymamy się szlaku zielonego do szlakowskazu Pod Pupkem. dalej przerzucamy się na szlak żóŁty. Niebawem wyjdziemy na miejsce widokowe otuchy dodające z zacnym spojrzeniem na Trójmorski Wierch i Górę Slamník, która oferuje "uciech sto", na które nas niestety nie stać:
Tutaj również robimy przerwę na "małe 5". Po przerwie ruszamy szlakiem żółtym. Docieramy do skrzyżowania szlaków Králíky, SOU 540 m n.p.m. i tym razem przerzucamy się na szlak czerwony:
Od tego miejsca towarzyszyć nam będzie widok na Suchý vrch 995 m n.p.m., wobec którego mamy plany na przyszłość. Kołujemy na cmentarz w Kralikach, po drodze mamy takie smaczki:
Docieramy na miejsce. Cmentarz w Kralikach robi na nas pozytywne wrażenie:
Chwilę zamarudziliśmy:
Tu drobna uwaga, to nie moja ręka:
Po chwilach zadumy idziemy do "city". Jako, że jesteśmy wcześnie, do otwarcia restauracji mamy około godziny czasu to w ramach przedbiegów instalujemy się w bardzo kameralnej kafejce:
Z tych nerwów postawiłem na tort mszany w pakiecie:
Nadeszła wiekopomna chwila, dożyliśmy chwili gdy restauracja się otwiera. Gościmy się na bogato zmieniając jedynie lokal:
Posileni i w dobrych humorach opuszczamy restaurację i kulamy dalej. Kierujemy się ku kompleksowi w Dolnej Morawie. Żegnamy Králíky, oczywiście Suchý vrch cały czas nam towarzyszy:
Mijamy muzeum wojska, które odpuszczamy, schron piechotny również:
Z tej perspektywy Śnieżnik, czyli jutrzejsze miejsce docelowe mamy w zasięgu:
Meldujemy się w Środkowej Lipce/Prostřední Lipka/:
Miejsce jakby znane, bo w 2016 roku rządziliśmy tutaj z Michunem. Tymczasem wtaczamy się w bardzo urokliwy zakątek:
Po krótkiej przerwie ruszamy. Mijamy stację Męki Pańskiej Láska:
Meldujemy się w kameralnym miejscu U Křížku:
Powyżej obcinamy na towarzyszący nam Suchý vrch:
Następnie chwila oddechu przy dzwonnicy/Zvonička pod Jelením vrchem/:
Z dumą stwierdzam, że schodzimy do kompleksu turystycznego w Dolnej Morawie, co naturalnie przekłada się na wizytę w restauracji hotelowej na drugi obiad!
W trakcie posiłku ustalamy, że na nocleg udamy się do wiatuni, konkretnie chodzi o Mléčný pramen. Posileni odpalamy na ostatnią prostą, para w nogach jest :)) Tym razem przerzucamy się na szlak żółty. Docieramy na miejsce, które jest bajeczne wręcz:
Niestety, jest jeden mankament tego przybytku. Źródło bije niczym rwący potok, czyli nie ma mowy o wyspaniu się. Na nasze szczęście ok. 1,5 km dalej jest kolejny apartament usytuowany nad Morawą, kulamy, nie ma wyjścia. W zdrowiu meldujemy się na miejscu:
Miejsce extra, ale znowu coś przeszkadza. A to zawiewa, a to nie zawiewa. Trudno, kombinujemy dalej i na tyłach Franek odpala tarpa, co zrobić, wchodzę w temat :))

Mając nocleg klepnięty, posiedzieliśmy jeszcze przy herbacie zielonej, po czym musieliśmy przepędzić natręnego lisa i niebawem czas się oddalić... w objęcia Morfeusza. Dobranoc.

10.05.2026 

Wiata nad Morawą - Stronie Śl. - Wrocław

Spało się wybornie. Bladym świtem zwlekam się z legowiska i wbijam do wiaty. Czas przygotować śniadanie. Kuchnia wydała jajecznicę z kakao:
Poranny posiłek to podstawa, tym bardziej, że za chwil parę czeka nas atak na Śnieżnik. Zatem czas na strawę, pakowanko i fotka na odchodne:
Ruszamy. Powoli nabieramy wysokości:
Już jest lepiej, ale to jeszcze nie koniec:
I pot z czoła czas ogarnąć, Śnieżna chata wydaje się znakomitym miejscem na chwilę oddechu:
Już prawie, jeszcze parę metrów. To chyba już nasz ostatni widok na Suchý vrch w towarzystwie Trójmorskiego Wierchu, Małego Śnieżnika:
No i proszę, Śnieżnik 1426 m n.p.m. jak się patrzy:
Na sjestę wbijemy do Białego Słonia:
Z utęsknieniem obcinam na Wysoki Jesionik, dawno tam nie byłem. Czas skorzystać z przywileju :))
Wypoczęci ruszamy na szczyt. Śnieżnik 1426 m n.p.m.
Szyku zadaliśmy wchodząc na wieżę, warunek widokowy znakomity. Za długo tu nie bawimy, tłumy robią swoje. Dajemy dyla na Stromą. Szast, prast i jesteśmy. Stroma 1167 m n.p.m.:
Śnieżnikowi na do widzewa:
Pasażer na Stromej/zdj.Franek/:
Łapczywie filujemy na Młyńsko, niestety, czas nas mocno ogranicza:
Ten honorny szczyt zmuszeni jesteśmy odpuścić. Ze Stromej schodzimy na rympał. Doświadczamy pozostałości po powodzi:
"Niechcąco" docieramy do miejsca, gdzie nasze szczeny zbieramy z trawy. Koniec imprezy mamy imponujący, Suszyca 1046 m n.p.m.:
Kiedyś tu będzie biwaczone, przysięgam:
Czas naszej imprezy dobiega końca:
Franek wyniuchał kapitalną restaurację w Stroniu Śląskim "Lew Jaskiniowy":
Lokal jak lokal, zdawałoby się. Otóż nie do końca. Na obiad zamówiłem zupę firmową, czytaj pomidorową i schabowego w zestawie z zasmażaną kapustą i ziemniaki. Po zupie wjeżdża drugie danie. I co moje biedne oczy widzą?! Kotlet wielkości klapy od kibla, dosłownie!
Po obiedzie zbieramy się na komunikację zastępczą do Kłodzka. Lądujemy na stacji kolejowej Kłodzko Miasto. Tutaj doświadczam kolejnego zaskoczenia. Do autobusu w chodzą dwie postacie, z czego jeden z szafą Tatonka Bizon 85 l. Mówię do Franka, poczekaj, zapytam gościa gdzie byli z tak imponującym plecakiem. I co się okazuje. Podczas naszej imprezy z Satanem w Niżnych Tatrach poznaliśmy pewnych rodaków, z którymi wspólnie biesiadowaliśmy przy ognisku w Andrejcovej:
No i masz, historia kołem się toczy. To jest dopiero spotkanie...na dworcu :)):

Nasza impreza dobiegła końca. Końcówka imprezy mnie powaliła. Z podziękowaniem dla Franka za wspólne trudy i restaurację "Lew Jaskiniowy", który okazał się majstersztykiem. Przede mną kolejna impreza turystyczno-krajoznawcza, zatem pakuję szafę. Kończę relację menelskim telemarkiem, czyli:  

Dziękuję za uwagę.

Komentarze