Tegoroczne Spotkanie na Szczycie przypadło w Bieszczadach.
Zaznaczyć muszę, że to już nasze siódme spotkanie. Czas zatem pakować szafę, licho nie śpi :)25.04.2026
Wrocław - Sanok - Komańcza, K 85
Ustawka z Satanem klepnięta została z końcem ubiegłego roku. W planie mamy Bieszczady ze startem z Komańczy. Jakiś tydzień przed wyjazdem będąc z Satanem na łączach już w ramach konkretów, ten mnie zaczyna łgać w żywe oczy, że pogoda na niedzielę ma trącać opadem deszczu i ma to być najgorszy dzień naszej imprezy. Ten to kłamał! No nic, zobaczymy :)) O 7.45 wiozę się Neo Busem z Wrocławia do Sanoka. Trasa przebiega bez żadnych ekscesów, zatem lania wody daruję. W Niebylcu standardowa przesiadka i około 15.45 docieram w zdrowiu do Sanoka: Satan już na mnie czeka, muszę się jedynie pyknąć łącznikiem na drugą stronę: Przesiadam się do wozu bojowego Satana i mkniemy do Komańczy. Tam zostajemy na nocleg za 80 pln-ów od twarzy. Mamy kwaterę o nazwie K 85, ogromnym plusem tej "kolibki" to lokalizacja na szlaku GSB i "2 metry" od sklepu. Wspomnieć muszę, że szefowa tego przybytku to osoba bardzo kontaktowa, za co oczywiście lubimy ten lokal :)) Witamy w K 85: Jako, że jesteśmy na kwaterze późnym popołudniem to i czasu mamy jak cygan gwoździ. Zatem pyknęliśmy się do Leśnej Willi, lokal zamknięty na cztery spusty. Wracamy jak niesmaczni do "city" i czas na jakiś ciepły posiłek. Lądujemy w nowo otwartym przybytku: Lokal robi bardzo pozytywne wrażenie. Menu krótkie acz treściwe i bardzo smaczne, czas zatem zasiąść do obiadu. Zamówiłem pyszniaste pierogi, ale widząc placki Satana nie mogłem się powstrzymać i domówiłem, aby głodnym nie być. Poza tym, widząc pysznie wyglądające placki grubości ok. 1 cm, no to jak mogłem nie zamówić, no jak! :))Po posiłku wizyta w sklepie spożywczym celem uzupełnienia wiktuałów. Pokrzątaliśmy się jeszcze odrobinę po Komańczy i wracamy na salony, czas zlec na zasłużony odpoczynek. Od jutra koniec żartów. Dobranoc.
26.04.2026
Komańcza, K 85 - Żubracze, apartament
Spałem dobrze. Bladym świtem zwlekam się z pryczy. Jest nawet słonecznie. Za chwilę zacznie się chmurzyć i trąci delikatnym, przelotnym opadem. Jako, że my jeszcze w proszku, więc zbytnio się nie przejmujemy warunkiem. Po śniadaniu zaczynamy się pakować, pogoda również zaczyna się klarować. Opuszczamy kwaterę i w drogę. Komańczy na do widzenia: Za chwilę doznam zdziwienia. Odbijamy na chwilę od szlaku i kulamy do Starego Schroniska. Kufa, zawsze tu nie byłem: Lokal ma dobre opinie i z pewnością pewnego razu wbiję tu na nocleg. Wracamy do szlaku, przemieszczamy się fragmentem GSB. Niebawem kolejna niespodzianka, odwiedzamy miejsce, w którym w sierpniu 1943 roku funkcjonariusze gestapo rozstrzelali 26 lub 28 osób narodowości cygańskiej: Meldujemy się przed Osławą. Dolina Osławy jest granicą między Beskidem Niskim a Bieszczadami a także granicą między Karpatami Zachodnimi a Wschodnimi : Wkraczamy w Bieszczady. Przełom Osławy pod Duszatynem, widok na most kolejki wąskotorowej: Mijamy Prełuki i dumni wkraczamy do Duszatyna: Duszatyn to dobre miejsce na "małe 5". Lądujemy w miejscu wiadomym, czyli w wiacie której się biwaczyło "ze dwa razy". Ale co moje biedne oczy widzą: Nowy przybytek robi wrażenie, jest kominek, ale jest też monitoring tego miejsca i informacja, że nie wolno nocować. Niemalże w bliźniaczym terminie, ale w 2008 roku rzeczone miejsce tak wyglądało: I kimane było w namiocie: Po odpoczynku ruszamy. Przed nami Jeziorka Duszatyńskie. Wcześniej jednak kolejna niespodzianka, jedna z kaskad na Potoku Olchowaty: Docieramy w zdrowiu do jeziorka: Chwila na odpoczynek obowiązkowa: Podreperowani moralnie ruszamy dalej. Przed nami Chryszczata 997 m n.p.m. Oficjalną część imprezy uznajemy za otwartą:)) Po krótkim odpoczynku z powodu przenikliwego zimnego wiatru ewakuujemy się do bazy. Nie zejdziemy jednak do Przełęczy Żebrak, ale... Damy Rabe! W zdrowiu docieramy na miejsce. Zanim rozłożymy się w ramach przerwy obiadowej, udajemy się do potoku po wodę i dopiero jak normalni biali ludzie wbijamy na kwadrat/zdjęcie z wnętrza lokalu Satan/: Na obiad zapodałem "danie drwala" :)) Tego mnie było trzeba, tym bardziej, że najlepsze przed nami. Posileni zbieramy się. Na Jaworne kulamy szlakiem bazowym: Jak się zdaje, zostawiamy za sobą Chryszczatą: I pyk! Przegapiamy odbicie szlaku. Zatem z powrotem do odbicia, które jednak łatwo przeoczyć :)) i za chwil parę jesteśmy na właściwych torach. Meldujemy się na Jawornem 992 m n.p.m.: Wyrównujemy oddech i idziemy dalej. Zimny wiatr również swoje robi. Warunek mamy przyzwoity, przede wszystkim nie pada, ale z kolei wiatr jest tak paskudny, że chwilami przenika do szpiku kości. Nie, nie...ruszamy bo zamarzniemy :)). Docieramy w końcu na Wołosań 1071 m n.p.m., najwyższy w paśmie Wysokiego Działu: Kończymy przygodę na fragmencie GSB, na nocleg schodzimy do Żubraczego. Niniejszym przerzucamy się na szlak zielony. Kulamy przez Przysłup 1006 m n.p.m.: "Parę metrów" przed miejscem docelowym łapiemy się na "ścieżkę zdrowia" Tutaj też mieliśmy do czynienia z żubrem. Niestety, zanim sięgnęliśmy po sprzęt fotograficzny ten już dał dyla i tyle go widzieli! W zdrowiu meldujemy się na miejscu. Apartament w Żubraczem stoi i ma się nie najgorzej: Instalujemy się na stryszku. Zmęczenie daje znać o sobie: Już nie pamiętam, czy to przed kolacją, a może po?? No nie pamiętam, w każdym razie Satan wyciąga z sakwy sernik. Ożeż ja pie****e! Zmęczenie mija:W dobrych humorach odpadamy. Sen. Dobranoc.
27.04.2026
Żubracze, apartament - Smerek, Przystanek Smerek
To była zimna noc. Zamarzła nawet woda w pecie :)). Wietrzna aura dopisuje, co potęguje odczucie zimna. No ale cóż, my najtwardsi z twardych...itd. :)). Czas wstawać, dzisiaj pot po dupie będzie się lał strumieniem. Na śniadanie kuchnia wydała jajecznicę z kakao: Śniadanie trącone, czas pakować szafy. Przed nami temat nie lada, Masyw Hyrlatej. Schodzimy do zielonego szlaku, warunek znakomity acz zimny. Schodzimy do szlakowskazu i widzimy co przed nami. A szafy ciążą. Mozolnie nabieramy wysokości i możemy się cieszyć widokiem na pasmo Wysokiego Działu, tam wczoraj było szwendane: Widokiem na Matragonę 990 m n.p.m. nie pogardzę: Około 30 minut później meldujemy się na Hyrlatej 1103 m n.p.m.: Robimy naturalnie "duże 10" ponieważ, jasny "szlak trafił" widokiem na Tatry. Należy to "pomścić": Duszę nacieszywszy ruszamy dalej, Rosocha 1085 m n.p.m. i lans foto :)) Masyw Hyrlatej uraczył nas na bogato, a w ramach promocji - mając widoki na Tatry - szczeny nam opadły, kolokwialnie pisząc. No to schodzimy do Roztok Górnych. Oddech wyrównujemy w takim oto kameralnym miejscu z daszkiem: Golnęliśmy zdroju z naszych flakonów i realizujemy dalszą marszrutę, tym razem w wariancie dla koneserów :)). Otóż chcemy się pyknąć na Jasło starym niebieskim szlakiem przez Duży Skaleniec 983 m n.p.m. Mają na stanie mapę Compass 2001 rok wyd. II poprawione, jest oznaczony ten szlak, ale z adnotacją, że przeznaczony do likwidacji. Satan trochę sapał początkowo, ale udało się namówić. Zatem Hyrlatej na "do widzewa": Okazuje się, że pierwszy strzał wejścia na stary szlak okazał się celny i niebawem mamy 100% pewność: Nachy nam lekko falują, nie tylko my tu łazimy :)) Jest dobrze, jeszcze co nieco się ostało: Na starym przebiegu niebieskiego szlaku: Stare oznaczenia szlaku giną. Idziemy już wg mapy.com. Rozważamy z Satanem, że mogliśmy zgubić jakieś odbicie, albo ki diabeł! W każdym razie idziemy "prawie" dobrze. Docieramy do skrzyżowania ścieżek, Potok Skaleniec nam towarzyszy i weszliśmy w złą ściechę. Wracamy z powrotem celem odkręcenia błędu. Po podejściu czujemy, że to ani chybi atak na Jasło się zaczęło. To podejście nas kapkę zniszczyło. Zostało nam parę metrów: Okazuje się, że wychodzimy centralnie na styk ze szlakowskazem, niniejszym witamy się ponownie z fragmentem GSB: Powinniśmy wyjść około 250 metrów w bok w kierunku Okrąglika. W 2016 roku wchodziliśmy na ten szlak z odwrotnego kierunku, czyli spod Jasła do Roztok Górnych. Nie zmienia to faktu, że na Jaśle 1153 m n.p.m. robimy "duże 10": Po odpoczynku kulamy na Fereczatą via Okrąglik. W zdrowiu docieramy na miejsce, Fereczata 1102 m n.p.m. wita nas serdecznie. Widok na Pasmo Graniczne z Płaszą i Dziurkowcem kładzie nas na łopatki: Kto wie, może coś się uda wykroić w tym temacie, zobaczymy. Tymczasem zbieramy się do zejścia do wsi Smerek. Po drodze jakiś zwierz postawił niesamowitego kloca, czyżby niedźwiedź? :)) Prawie w Smereku: Połoniny zostawimy na jutro, dzisiaj już nie damy rady. Jestem styrany. Kołujemy na odpoczynek do miejsca, które nazywa się Przystanek Smerek. I to był dobry wybór /fot. Satan/Przy posiłku jednogłośnie odpuszczamy połoniny z opcjonalnym noclegiem pod namiotem. Raz, że dzisiejszy dzień dał popalić, dwa, wiatr i temperatury na połoninach dojechałyby nas na maxa. Nie, nie, kimamy w białej pościeli :)) Dobranoc.
28.04.2026
Smerek, Przystanek Smerek - Przysłup Caryński, Koliba Studencka Politechniki Warszawskiej
Doceniam nocleg w pościeli. Na spokojnie zwlekamy się z naszych pryczy, zarzucamy śniadanko i oczywiście przychodzi czas na pakowanko. Podczas wczorajszego posiłku Satan wyjechał z pomysłem, aby namioty zostawić w depozycie. I taką opcję przyjmujemy. Tak po prawdzie, przed nami jeszcze jeden dzień szlajanka, więc targanie dodatkowych kilogramów dla idei jest trochę nie ten, teges. Zatem rajd przez połoniny odbędzie się na lekko :). Ruszamy. Start mamy w opcji asfalt dla ciebie, dla rodziny. Przebrnęliśmy przez ten trud i już na właściwych ścieżkach: Atak na połoniny zaczynamy od Smereka 1222 m n.p.m. Satan na podejściu: Wygwizdów na bogato. Na szczycie jesteśmy chwilę i dajemy dyla na Przełęcz M. Orłowicza 1099 m n.p.m., tam golnę gorącej herbaty: Połonina Smerek 1222 m n.p.m. i Szare Berdo z Osadzkiego Wierchu: Osadzki Wierch 1253 m n.p.m., do Chatki Puchatka w nowej odsłonie, czyli najwyżej położonego obiektu w Bieszczadach już niedaleko: Osadzki Wierch 1253 m n.p.m., Przełęcz Srebrzysta 1215 m n.p.m. i Roh 1255 m n.p.m.: Witamy w domu, nowa Chatka Puchatka robi na mnie kapitalne wrażenie: Wbijamy w skromne progi nowego przybytku i szarlotki z herbatą nie potrafię sobie odmówić, mmmmmmmm... Na zbyt długie posiedzenie to nas jednak nie stać, bo przed nami Połonina Caryńska. Schodzimy do Berehów Górnych: Nie ma żartów, spadamy: Witamy w Berehach Górnych: W budynku kasy BdPN zakupujemy bilet wstępu, nie chcemy żeby mówili, że ci to na "krzywy ryj" :) i klasycznie golnęliśmy po szklance wody z tabletką. Ok, czas na kolejne podejście, k***a, kto mnie kazał! Zaczynamy od zwiedzenia cmentarza oraz miejsca po cerkwi. Nagrobek Paraski Buchwak zm. w 1934 r., żona Hrycia Buchwaka, miejscowego kamieniarza: Ruszamy. Zasadniczo podejście zrobiliśmy z jednym odpoczynkiem w wiacie. A już na grzbiecie zaczęło się na bogato. Połonina Wetlińska w całej krasie: Połonina Caryńska 1297 m n.p.m., Nasz najwyższy punkt imprezy. Nie mogę powiedzieć, że było nam smutno: Łypiemy także na stronę ukraińską, Ostra Hora/Гостра Гора 1404 - 1405 m n.p.m.: Jest i Pikuj/ Пікуй 1408 m n.p.m. /środek kadru/ Nie może zabraknąć Połoniny Równej/Полонина Рівна: No i Borżawa/Полонина Боржава, no jakże bez niej :) A na odchodne Tarnica z "dodatkami" oraz Bukowe Berdo, ten temat niestety musimy odpuścić: Brak czasu to rzecz straszna. Na pocieszenie siebie dodam jedynie, że lepiej imprezę zakończyć z niedosytem. Szlakiem zielonym schodzimy do "Koliby", w której zamierzamy zlec: Bukowe Berdo i Szeroki Wierch z Tarnicą będą nam się śnić: Instalujemy się w pokoju po czym schodzimy na obiad. Dałem sobie pierogi, bo smaki byli: Przy bufecie dzieją się rzeczy dziwne. Domówiliśmy z Satanem po szarlotce/wyrób własny!/, za którą trza było wysupłać 10 zyla od twarzy.Postanowiłem dokupić drugą szarlotkę. Wiadomix, na dwie nogi! Został na blasze ostatni kawałek. Siedząc przy stole, Satan stwierdził, że nie słucham go i podobno widział mój skorumpowany wzrok na trzecią, ostatnią porcję smakołyku. Musiałem dokupić, ku zadowoleniu wszystkich. Mnie smakowało, z Satanem mogłem pogadać w skupieniu :)), szefowa też zadowolona, że dzień kończy bez strat własnych :)) Dzień kończymy godnie. Niestety, jest to nasz ostatni dzień imprezy. Jutro powrót do domu. Dobranoc.
29.04.2026
Przysłup Caryński, Koliba Studencka Politechniki Warszawskiej - Cisna - Rzeszów - Wrocław
Poranne cucenie i zerowanie spiżarni. Niestety, Magura Stuposiańska, Bukowe Berdo i Tarnica muszą poczekać na inną okazję :)). Po śniadanku pakujemy się i schodzimy do Bereżek. Dzień wita nas cudownie: Krótki, bo ok. 3 km odcinek trasy do Bereżek to samo dobro: Docieramy do pola namiotowego w Bereżkach: W lutym 2013 roku byliśmy tu z Frankiem na noclegu podczas bieszczadzkich walentynek Wówczas warunki były trochę bardziej spartańskie: Tymczasem przed punktem kasowym w Bereżkach pożegnalne foto: W Bereżkach kończymy pieszą wędrówkę. Wywijamy naszymi kaprawymi łapami w ramach akcji auto stop i za chwilę chłopaki z Wrocławia zatrzymują się - za co dziękujemy - i wieziemy się do Ustrzyk Górnych. W Ustrzykach Górnych łapiem busa po dłuższym staniu i decydujemy się wypierdzieć po 75 zyla za przejazd do Cisnej z międzylądowaniem w Smereku celem odebrania fantów, czyli namiotów z depo. W Cisnej mamy niezłą bekę.Stoimy jak te...ciule i nic. Żaden się nie zlitował! Dogaduję się z Satanem, że zawinę się autobusem do Sanoka, bo się okaże, żę zostaniemy w Cisnej na noc :), a ten wariant byłby wielce dla mnie niekorzystny, Tak też ustalamy. Satan walczy dalej, ja kulam na przystanek autobusowy i o 11.20 zawijam się do Rzeszowa via Sanok i dalej IC "Siemiradzki" do Wrocławia. Satan też szybko zabrał z lądowaniem w Majdanie. To był dobry pomysł. Imprezę zaczynaliśmy z obawami o pogodę. Okazało się, że warunek mieliśmy dobry acz zimny wiatr dokuczał. Mimo wszystko wyszło znakomicie. Myśląc "na brudno", na Bieszczady tydzień być musi. Z podziękowaniem dla Satana za trudy i sapy na podejściach i do następnej razy mam nadzieję. Na koniec pozwolę sobie na dwa kadry z Połoniny Caryńskiej, bo na niej doznaliśmy najlepszego warunku.
Satan sam na sam z Tarnicą:
Chyba termos zostawiłem na szczycieZ pewnością to już jest koniec.
Dziękuję za uwagę.















































































Komentarze
Prześlij komentarz