Szlak Przemysko - Sanocki po menelsku

Zastanawiałem się nad terenem działania. Beskid Niski, czy może...no właśnie, co? Mam! Przecież Szlak Przemysko - Sanocki był wielokrotnie przekładany. Sprawa okazuje się prosta jak włos Mongoła.

Mam do dyspozycji tydzień urlopu. Jak się zdaje, na przejście tego szlaku czasu jest dosyć sporo, zatem pójdę w "chińskie osiem", kto biednemu zabroni? 

18.09.2020 

Rzeszów - Sanok - Królewska Studnia

Kończymy pierwszą część urlopu. Z Sandomierza wracamy przez Rzeszów. Dagmara wysadza mnie na dworcu kolejowym i wraca do domu, ja mam w planie szlajanko. Cmokale na drogę i wbijam do "markietu" uzupełnić wiktuały. Mając trochę czasu, odwiedzam restaurację. Przed podróżą wskazane jest posilić się, podładować telefon i baterię aparatu. Po skromnym obiedzie idę na dworzec autobusowy:
Miałem do dyspozycji pociąg, ale różnica 1,5 godziny zadziałała na moją wyobraźnię. Na dzień dobry jest "pod górę". Wyjeżdżam opóźniony o ok. 45 minut, dodatkowo przesiadka w Niebylcu to kolejne minuty opóźnienia i wychodzi prawie na jedno. Biednemu to zawsze wiatr w oczy. Jestem w Sanoku. Wysiadam już na nowym dworcu autobusowym:
Stara kładka to pieśń przeszłości, teraz tak się sprawy mają:
Sprawnie przechodzę na drugą stronę. Ostatnie spojrzenie:
Rozglądam się za kropką początkową. Wszystko jest, wszystko się zgadza:)
Jest za kwadrans 17-sta, ruszam z miasta! Przez Sanok kulam ze "Szwejkiem":
Wcześniej Sanok był dla mnie miastem, gdzie przesiadałem się z jednego autobusu do drugiego. Zasadniczo poza obręb dworca autobusowego nie wychodziłem. Na odcinku, którym szwendałem się przez Sanok jestem bardzo miło zaskoczony, jest po prostu pięknie. Przemieszczam się ulicą Jagiellońską, przede mną "Ramerówka", pierwotnie kamienica rodziny Ramerów:
Na ul. 3-go Maja jest Ławeczka Szwejka. Pech chciał, że była okupowana więc polazłem w kierunku rynku:
Do "Mnicha" nie wchodziłem. Sanocki rynek również robi na mnie wrażenie. Obcinam na kościół i klasztor Franciszkanów:
Stary Ratusz ma się dobrze:
Chciałoby się pokręcić dłużej. Niestety, czas mnie nagli. Willa rodziny Zaleskich z kapliczką św. Jana Nepomucena, którą ufundował w 1810 roku Ksawery Krasicki:
Postanowiłem zajrzeć jeszcze do zamku:
Muzeum już nieczynne. Spotykam dosyć liczne grupy turystów, ewakuuję się na taras widokowy:
Z niego obcinam na Pasmo Olchowieckie:
A także co przede mną:
Opuszczam zamek. Zależy mi aby na nocleg dotrzeć "za widnego". Skoro "zawsze tu nie byłem", zagęszczam ruchy:
Za chwilę przekroczę San i powoli żegnam się z Sanokiem. Emocje mną targają odnośnie noclegu. Sprawa niebawem się rozwiązuje. Docieram do Królewskiej Studni na Białej Górze/osiedle Sanoka:

Szybka ocena sytuacji, ładny widok na Sanok, dobre miejsce na namiot, przyzwoite zaplecze wypoczynkowe z koszem na śmieci włącznie. Boczna ścieżka prowadzi do posesji. Idę po wodę, bo z KS biło jedynie echo. Rozbijam namiot, szybka kolacja i...odwiedza mnie lokalna młodzież. Z zaciekawieniem pytają czy będę tu spał? Potwierdzam, wskazując na rozbity namiot. Jeszcze chwilę pogadaliśmy i chłopcy idą do domu, a ja biorę się za kolację, chwilę rozmyślam nad garnuchem gorącej herbaty i udaję się w objęcia Morfeusza. Dosyć dużo wrażeń jak na pierwszy dzień. 

19.09.2020 

Królewska Studnia - Siemuszowa, pole biwakowe

Bladym świtem wychylam łeb z namiotu i nie jest dobrze. Tonę we mgle! Ani myślę wychodzić, wbijam się w puch i kimam dalej. Około godziny ósmej sytuacja się poprawia:
Wyłażę i przenoszę się na "zaplecze" celem ogarnięcia chaosu:
Czeka mnie piękny dzień. Pora na śniadanie, zatem do roboty:
Podczas gdy jestem zajęty przygotowaniem śniadania, pojawia się dwoje biegaczy, potem następny i kolejny. Okazuje się, że w mieście organizowany jest bieg górski z GPS-em, czy coś takiego. Niektórzy za chwilę przybiegali z powrotem i kierowali się w ścieżkę, która prowadziła na posesję w której byłem po wodę. Mój "stoliczek - pierdolniczek" w gotowości bojowej:

Już zasiadam do posiłku jak normalny biały człowiek, gdy pojawia się kolejny biegacz. Zasapany zatrzymuje się, obcina w GPS-a, wskazuję mu ścieżkę w którą skręcali inni biegacze, a ten się pyta: 

- tu jest punkt żywieniowy?

Rozbawił mnie ten tekst. Odpowiadam:

-nie, nie. Ja tu biwakuję, ale kanapkę z pasztetową mogę zrobić.

Żegnamy się w dobrych humorach i już przez nikogo nie niepokojony zasiadam do śniadania, następnie pakuję szafę i wyruszam. Przy Królewskiej Studni rozpoczyna się ścieżka dydaktyczna "Orli Kamień" 6,2 km długości. Wtaczam się do lasu, powoli nabierając wysokości. Zatrzymuję się przy krzyżu, który jest oznaczony na mapie. W 1996 roku młody turysta poniósł śmierć:
Szafę zrzucę trochę dalej, aby nacieszyć się widokiem na Sanok, Pogórze Bukowskie i Beskid Niski:
Na szlaku:
W Górach Słonnych:
Chwila na wyrównanie oddechu, ruszam dalej. Docieram do kolejnej atrakcji Gór Słonnych, Orle Skały:
Zrzucam klamota i robię sobie chwilę przerwy. Przy okazji ucinam pogawędkę z biegaczem, który poleca serpentyny. Jest kolejną osobą, która o tym wspomina, zatem musi być coś na rzeczy. Ten temat będzie brany pod uwagę przy kolejnej wizycie w tym pasmie. Żegnamy się i ruszamy każdy w swoją stronę. Nieco dalej znajduje się Orli Kamień/518 m/:
Przede mną jeszcze skrzyżowanie szlaków żółty, czerwony i Szlak Ikon. Kontynuuję czerwony szlak. Na Przełęczy nad Liszną/486m/, widok otuchy dodający:
I za chwilę czas na kolejne podejście. Pot z czoła ocieram pod Słonnym Wierchem/zch/, drwalówka w rozsypce, ale jej uroku w środku lasu nie można odmówić:
Za chwilę dotrę do fragmentu Szlaku Ikon, nie mam tego fragmentu na mapie:
Rządzę w bukowym lesie:
Ze dwa razy w tym rejonie "źle wlazłem", zachodniego wierzchołka Słonnego Wierchu nie osiągnąłem, melduję się natomiast na Słonnej 639 m n.p.m.:
Niebawem docieram do miejsca, gdzie Szlak Ikon odbija od czerwonego Przemysko - Sanockiego:
Zostawiam na jakiś czas "mój" szlak czerwony i po odpoczynku schodzę do Hołuczkowa. Doświadczam chwilami koszmaru, szlak owszem jest wyznaczony, ale z racji niewielkiego zainteresowania zarasta chaszczem. Klnę w żywy kamień, ulgi doświadczam na końcówce. Nogi "podarte" od jeżyn, poparzenia pokrzywami uznaję jako "dla zdrowia", bo to "na romka" dobrze wpływa. Z podniesioną głową wytaczam się na polankę z widokiem na górną część wsi Hołuczków i cerkiew:
Schodzę do asfaltu, po drodze widzę jabłonkę, której owocami się częstuję. Spotkana pani po drodze, od której dostałem wodę twierdzi, że to stara, ukraińska jabłonka. A ja się zbliżam do cerkwi greckokatolickiej p.w. św. Paraskewy z 1858 roku, obecnie kościół filialny rzymskokatolicki, zbudowana przez miejscowego cieślę Konstantego Mielnika:
Oczywiście jest czas na "duże 10". Pokręciłem się:
Zbieram się do kolejnej wsi Siemuszowa. Po drodze spotykam mieszkańca koło jego domu, który po chwili rozmowy doradza mnie, abym poszedł przez pola. Faktycznie, wygląda to na ciekawszą wersję, po kiego nadrzucać drogi nic w życie nie wnoszącym asfaltem? Co, ja nie pójdę?
Widoki nie w kij dmuchał, na wzgórzu zarządzam przerwę w szlajanku:
Po zachwytach zbieram się na ostatnią prostą. Schodzę do Siemuszowej, ten wariant bardzo mnie pasuje:
Zanim dojdę do cerkwi, po drodze mijam ruinę:
Czas na kolejną przerwę, cerkiew greckokatolicka p.w. Przemienienia Pańskiego z 1841 roku, obecnie kościół filialny rzymskokatolicki:
W ciszy "zyrkam w mapkie", przy skrzyżowaniu dróg wg mapy znajduje się pole biwakowe. Ruszam tam. Na miejscu doznaję szoku, wszystko w opcji darmocha:

Życie uczy, że dobrymi miejscami się nie gardzi. Oczywiście zostaję na nocleg. Korzystając, że nikogo nie ma, zostawiam bagaż w wiacie i idę do najbliższego domu po wodę. Podstawa do życia zabezpieczona, czas rozłożyć namiot. Widzę, że na teren wjeżdża para na motorze. Parkują "szlifierką" w wiacie. Delektuję się gorącą herbatą, gdy nagle młodzieniec zwraca się do mnie, że będzie dzisiaj impreza urodzinowa i może być trochę głośno. 

- no trudno, jakoś to przetrwam

Myślałem, że przyjedzie z 10 osób, chwilę "pokrzyczą" i pojadą. Zdziwiłem się okrutnie. W imprezie brało udział około 30 osób. Jednak to prawda, że młodość rządzi się swoimi prawami:)) Podczas gdy imprezowicze się zjeżdżali, byłem obserwatorem. Wjeżdża niemieckie kombi wypełnione pniaczkami na ognisko. Przyznać muszę, że młodzież jest dobrze zorganizowana. Jak już poszła "bomba w górę", czyli impreza się zaczęła, wycofałem się do namiotu, który rozbiłem w jednym z rogów pola biwakowego. Na moje szczęście około godziny 0:30 młodzież zaczęła się rozjeżdżać. Po godzinie 1-szej w nocy dosiadłem się do ogniska. Z jednym gościem,który jako ostatni opuścił miejsce, gawędziliśmy do około 2 w nocy. Co mnie pozytywnie zaskoczyło, młodzi przed rozejściem się posprzątali po sobie. Leżąc w namiocie jest już cicho, jelenie po lasach ryczą, wszystko wraca do normy. Zasypiam z uśmiechem na japie. 

20.09.2020 

Siemuszowa, pole biwakowe - Agro, Ulucz

O świcie się zwlekam. Dzisiejszy dzień znowu trąca słoneczną pogodą. W związku z trudami minionej nocy na śniadanie raczę się na bogato. Kuchnia wydała "żużel" z cebulką + dodatki:
Chwilę marudzę, tropik trochę zaroszony, niech schnie. Wszystkie klamoty przyniosłem do wiaty. Jestem po śniadaniu, tropik prawie suchy, uskuteczniam pakowanko. Przede mną Tyrawa Solna, niestety asfaltem. Opuszczam pole biwakowe. W drodze do TS mijam budowlę przypominającą ambonę myśliwską:
Lokal z werandą, żartów nie ma. Może dożyję czasów, że wbiję do niej na nocleg. Druga sprawa, ambona jest widoczna idąc do Tyrawy Solnej, a z odwrotnego kierunku dosyć długo zasłania ją wzgórze i nie jest widoczne. Drogę umilają przydrożne kapliczki:
Jak mnie się zdaje grzbiet Słonnej i Słonny Wierch:
Tyrawa Solna wita:
Kieruję się do cerkwi p.w. św. Jana Chrzciciela, wzniesiona w 1837 roku z fundacji ówczesnego parocha tyrawskiego Jereja Mejnickiego. Wewnątrz znajduje się ikonostas autorstwa Józefa Bogdańskiego, a jeszcze w okresie międzywojennym używano w tutejszej cerkwi ręcznie pisanej ewangelii z XV wieku:
Ruszam dalej. Zachwyca mnie widok tej chaty:
Po drodze mijam budynek szkoły:
Po drugiej stronie szkoły jest sklep spożywczy. Z racji, że dzisiaj niedziela, otwarty od 13 lub 14-tej. I jeszcze taka perełka:
Zasadniczo opuszczam Tyrawę Solną, kieruję się do Mrzygłodu. Wcześniej jednak docieram do O.W. "Diabla Góra". W restauracji zamawiam pierogi ruskie +napoje. Korzystając z okazji podładowuję telefon i baterię aparatu. Obsługuje mnie kelner, z którym jeszcze się spotkam. Po dosyć długiej przerwie opuszczam ośrodek i kieruję się na most:
Przechodzę na drugi brzeg Sanu i niniejszym operuję na Pogórzu Dynowskim. W Mrzygłodzie odwiedzam Rynek. Zbyt mało czasu poświęciłem zabudowie Rynku, mam trochę niedosyt:
Pomnik Władysława Jagiełły, który został zniszczony przez Niemców w 1942 roku i odbudowany po wojnie:
Zajrzałem również na stary cmentarz, na którym jest zachowana XIX wieczna kamieniarka:
Wcześniej zajrzałem do sklepu spożywczego uzupełnić zapasy. Tak uzupełniłem, że zapomniałem kupić chleb, nie mam słów...do siebie. Przed wymarszem sącząc zawartość puszki imperialistycznego chłamu dostrzegam skrzynkę pocztową, której lokalizacja mnie wzruszyła:
Na mnie czas, idę do Hłomczy. Ambitnie cioram asfaltem i docieram do kolejnej cerkwi/1859 r./p.w. Soboru Bogarodzicy, którą zwrócono grekokatolikom. Pięknie położona w towarzystwie sędziwych dębów:
Obok cerkwi znajduje się murowana dzwonnica z tego samego okresu:
Wyposażona w trzy dzwony, jeden z nich datowany na 1668 rok:
Spojrzałem na "do widzewa":
Idę do Łodziny:
Nie mogę się oprzeć, nie wiadomo jak długo postoją te cudeńka:
Za chwilę skończy się męka asfaltem, szlak odbija w lewo. Podejście na Przysnop /445 m/ fantastyczne, z widokiem na szczyt Na Wysokim 586 m, do którego zmierzam. Za chwilę gubię szlak. Ten odcinek nazwałem "a ku-ku". Nie wiem, może przegapiłem odbicie? Może. Szlaku nie ma. Stoję przed wyborem, albo leśną wyrobioną drogą, albo w mniej widoczną wąską ścieżkę. Wybrałem tę drugą i okazało się, że dobrze wybrałem. Za chwilę pojawia się szlak i powoli docieram do cywilizacji:
Łodzina wita:
I ponownie kulam asfaltem. Mijam skrzyżowanie do Witryłowa. Dalsza trasa umila taki kontrast:
W Łodzinie był kiedyś dwór z XVIII wieku. Po wojnie w ramach czynu społecznego został rozebrany. Ślad po nim to słupy bramne:
Kolejny odpoczynek na ławeczce przy cerkwi p.w. Narodzenia NMP z 1743 roku, która jest pokryta w całości gontem:
Niemal przy wszystkich cerkwiach robiłem chwilę odpoczynku, bardzo mi to pasuje. Tereny przycerkiewne mają wspólny element, emanuje z tych miejsc jedyna w swoim rodzaju cisza i spokój. Nie potrafię tego nazwać, ale takie pierwsze skojarzenie mi się nasunęło. Ale ok, za chwilę trzeba się zbierać na ostatni odcinek. Miałem przez chwilę pomysł, aby wrócić do skrzyżowania z drogą na Witryłów, ale nie, asfaltu mam dosyć. Kontynuuję niebieski Szlak Ikon. Później stwierdzę, że straciłbym chyba najciekawszy odcinek tego szlaku. Wtaczam się do lasu, wkrótce z niego wychodzę, aby przejść się polem i zaczyna się robić pięknie. Od dłuższego czasu towarzyszy mi widok na Na Wysokim 586 m n.p.m.:
Pięknych i przede wszystkim naturalnych krajobrazów można doświadczyć na Pogórzu Dynowskim:
W końcu na "duże 10" mam ochotę się uwalić:
Po czym kulam do malowniczo położonej osady Rzeki, wcześniej przydrożna kapliczka:
Schodzę do asfaltu i Rzeki na odchodne:
Zbliżam się do skrzyżowania, Odbijam w prawo na czerwony szlak rowerowy. Spotykam mieszkańca, z którym chwilę rozmawiam. Za chwilę jestem przy kładce:
Spoglądam na San:
Za chwilę melduję na Pogórzu Przemyskim:
Do Ulucza już niedaleko:

Po drodze zastanawiam się nad noclegiem, niebawem zrobi się ciemno. "Parkuję" przy odbiciu ścieżki do cerkwi, przy drodze jest zadaszone miejsce odpoczynku, na którym można awaryjnie zlec. Pierwsza sprawa, muszę uzupełnić wodę. Właścicielka posesji u której dostałem wodę informuje mnie, że za jakiś kilometr jest pole namiotowe, na które się kieruję. Po drodze spotykam dwie panie, "wczasowiczki" ze Szczecina. Pytając o pole namiotowe, twierdzą, że nie wiedzą, ale mają pokój w agro do którego idą i jest szansa na wolny pokój. Jeżeli będzie wolny pokój to skorzystam. Okazuje się, że pole namiotowe znajduje tuż przy tabliczce z napisem AGROTURYSTYKA, jestem na miejscu. "Łoję we framugę", drzwi otwiera kelner, który obsługiwał mnie w O.W. "Diabla Góra", gęba mnie się cieszy, jaki świat jest mały. Pokój oczywiście dostałem, chwilę jeszcze pogadaliśmy i poszedłem do moich "dobrodziejek", które dały trochę chleba, bo przecież zapomniałem kupić w Mrzygłodzie. "Urządzony" w pokoju, trza podładować telefon, baterie aparatu, rozkładam namiot celem dosuszenia, kąpiel, kolacja i odpadam. Sen. 

21.09.2020 

Agro, Ulucz - Tyrawa Wołoska "Pod Horotkami"

Spałem przy otwartym oknie, rześki ranek stawia mnie na nogi. Łypię za okno i kolejny piękny dzień przede mną. Sprawnie się ogarniam i po śniadaniu żegnam się i opuszczam lokal. Ulucz, a konkretnie tutejsza cerkiew była celem odbicia ze Szlaku Przemysko- Sanockiego, bo zawsze było albo nie po drodze, a to nie w tym kierunku, itd. Idę do następnego domu, w którym mieszka pani dzierżąca klucze do cerkwi i udostępnia jej wnętrze za drobną opłatą turystom. Kolejne miłe zaskoczenie, wkraczając na posesję wita mnie gość, z którym wczoraj chwilę rozmawiałem idąc do kładki. Niestety, nie ma dla mnie dobrych informacji. Jestem po godzinie ósmej, pani z kluczami nie ma w tej chwili w domu, będzie później, ok. godz. 11-12-tej. Trudno się mówi, pożegnawszy się idę do cerkwi. Po drodze, jest i pole namiotowe:
Wzrusza mnie ten lokal, na werandzie jest wersalka:
Pogórze Dynowskie jeszcze tonie we mgle:
Trochę później wszystko jak na dłoni:
Ponownie jestem przy ścieżce, która odbija na wzgórze Dębnik do jednej z najstarszych a zarazem najpiękniejszych cerkwi w Polsce. Mijam kapliczkę:
Która wg legendy jest miejscem gdzie pierwotnie trzykrotnie próbowano wybudować cerkiew. Docieram na miejsce, przede mną cerkiew greckokatolicka p.w. Wniebowstąpienia Pańskiego:
Przeprowadzone badania dendrochronologiczne sugerują datę budowy na 1658 rok, Stanisław Kryciński w przewodniku "mówi", że może być to data przebudowy. Przed badaniem przyjmowano datę budowy na lata 1510-1517:
Cerkiew związana była z istniejącym tu warownym klasztorem Bazylianów, który istniał do 1744 roku. Do II wojny światowej funkcjonowała jako ośrodek pielgrzymkowy:
Na terenie cerkwi znajduje się tablica ku pamięci greckokatolickiego księdza Michała Werbyckiego, który był kompozytorem hymnu narodowego Ukrainy. Cieszę się ciszą :
Chłonąc klimat tego miejsca, daję czas czasowi :)
Ciszę przerywają głosy, myślę, że pewnie "pierwsza grupa" turystów się wtacza, ale nie, to gospodarz i jego kolega, z którym rano rozmawiałem. Przyszedł specjalnie mnie otworzyć cerkiew. Z uśmiechem do "ósemki" instaluję się w środku. Ikonostas to kopia, oryginalny znajduje się w MBL w Sanoku:
Na ścianie nawy zachowana polichromia przedstawiająca sceny z życia Chrystusa namalowana przez Stefana Dżengałowicza w latach 1682-83:
Jeszcze jedno ujęcie:
Dziękując gospodarzowi za ogromną radość jaką mnie sprawił opuszczam wzgórze Dębnik:
Przede mną przechadzka do Dobrej Szlacheckiej. Po drodze spotykam "moje dobrodziejki" ze Szczecina:
Chwila rozmowy i żegnam się. Opuszczam Ulucz:
W drodze do Dobrej Szlacheckiej życie umila m.in ta przydrożna kapliczka:
W zdrowiu melduję się na miejscu. Wita mnie nielicha atrakcja, XVII-wieczna cerkiew wieżowa/bramna/obecnie tylko w roli dzwonnicy bramy, jest to jedyna tego typu dzwonnica w Polsce:
Na piętrze znajduje się kaplica. Wejście nie jest udostępnione:
Drewniana cerkiew p.w. św. Mikołaja z 1879 r., od 1946 roku kościół rzymskokatolicki:
Jest również w ruinę popadająca plebania:
Żegnam się z Dobrą Szlachecką:
Za chwilę ruszam na kolejną atrakcję. Wg mapy nic na to nie wskazuje. Otóż, wkrótce zobaczę to co pozostało ze wsi Lachawa. Niebawem odbiję z asfaltu w las. Pętam się w okolicy szczytu Na Wysokim. Muszę golnąć wody:
Ruszam, za chwilę widzę w środku lasu przydrożną kapliczkę. Mowę mnie odbiera:
Stara droga, która obecnie jest głębokim rowem, ja trzymam się ścieżki obok, która jest mniej uciążliwa, co jakiś czas się rozchodzą i zbiegają. Niebawem jestem przy drugiej kapliczce:
Takie przechadzki przez las bardzo poważam. Z rozdziawioną gębą docieram do trzeciej kapliczki:
W 1984 roku było przy niej robione. Operuję w takim klimacie:
Ostatnia kapliczka usytuowana jest na skrzyżowaniu leśnych ścieżek, obieram z lekkim odbicie na prawo, jakby po poziomicy. Niebawem będę szedł dwoma szlakami, zielony i niebieski/Szlak Ikon/. Docieram do odbicia zielonego szlaku do mogiły 15-letniego Edwarda Dobosza, który został rozstrzelany wraz z innymi 1.01.1946 roku przez Wojsko Polskie. Do mogiły nie dotarłem, zawróciłem przy zwalonej w poprzek drogi jodle. Zapisuję ten temat w pamięci przy kolejnej wizycie. Schodzę do Krecowa. Po drodze kolejna niespodzianka, tym razem ruina:
Za chwilę gubię szlak. Ale co tam, na dole "coś" szczeka:
Jest cywilizacja. Robię się trochę głodny, kołuję do gospodarza po wodę. Dobrze trafiam, chwila gawędy i jestem uraczony kwaśnym mlekiem, z mleka prosto od krowy. Wychyliłem dwa garnuchy! Pięknie dziękując za poczęstunek, z uzupełnioną wodą kulam dalej:
Jestem przy DK28, na kopcu kamieni przysiadam na wyrównanie oddechu:
Do Tyrawy Wołoskiej na szczęście niedaleko. Na obiad wbijam do wiaty przystankowej, Rządzę w Rozpuciu:
Stać mnie było na chili con carne, chałwę, czekoladę. Luksus tradycyjnie zapiłem herbatą:
Posilony pakuję bałagan i ruszam dalej. Dzień się chyli ku końcowi:
Po drodze wbijam jeszcze do spożywu, leci m.in. barszcz czerwony w butelce. Zapytałem ekspedientkę o jakiś nocleg, fart mnie nie opuszcza. Okazuje się, że jej szef ma pensjonat w TW, wbijam bez mrugnięcia okiem. Prawie jestem:
Od centrum miasteczka mam ok. kilometr, za 50 pln loguję się w pokoju. 
 
22.09.2020
 
Tyrawa Wołoska "Pod Horotkami" - Bziana 578 m n.p.m.
Dzisiaj wracam na "swoje tory". Kolejny dzień ze słońcem przede mną. Trudno, jakoś to będzie. Spakowany ruszam do "city". Przed dalszą trasą wypada się upodlić:
Ponownie do szlaku idę ze "Szwejkiem", naturalnie zgubię szlak po drodze, bo jak inaczej?
Jakże miły dla oka mural:
Za chwilę odbijam w lewą stronę, zbaczam z głównej drogi i pomimo asfaltu robi się jednak miło. Miarowo nabieram wysokości. Przy posesji już pod lasem "Szwejk" mnie się gdzieś zawieruszył. Chwila gawędy z właścicielką "przy szlaku":
Tabliczka wprowadza w błąd oczywiście, ale kolor szlaku trzyma w nadziei :) Ja już idę na szagę. Docieram do miejsca, w którym zadaję sobie pytanie, no i co?
Po chwili namysłu idę do góry, do głównego grzbietu jak mniemam, tam się będę martwił co dalej. No i proszę jak łatwo poszło:)) Przysłup 658 m n.p.m.:
Listę obecności należy podpisać na Słonnym/S-E/668 m n.p.m.:
Na dłuższe marudzenie "jakby" nie ma czasu. "Gdzieś tam się idzie", do Rakowej w tym wypadku:
Zejście ze Słonnego Wierchu bardzo strome. A przez Dział Żydowski/465 m/ można trochę urwać:
Ja jednak brnę w nieznane:
Swoje i tak zobaczę:
Na zejściu do Rakowej:
W Rakowej nie idę do cerkwi. Kolejna sprawa, na mapie jest zaznaczony sklep, stan faktyczny jest taki, że sklepu nie ma, klękł dawno temu. Wkraczam w bardzo urokliwy odcinek szlaku. Można mostkiem, można przez potok:
Melduję się w Stańkowej. "Kołatam w furtę" z prośbą o wodę. Gospodarz zaprasza w swoje gościnne progi.
Częstuje herbatą, a ja z kolejną refleksją. Tutejsi mieszkańcy jakimś dziwnym swędem mają czas na wszystko. Zatankowany dostaję na drogę słoiczek powideł własnego wyrobu. Pięknie dziękując ruszam w drogę. "Cycki" Chwaniowa w zasięgu wzroku:
Rozpucie - kościół p.w. Krzyża św. i Matki Boskiej Królowej Polski:
Pora na obiad. Loguję się w wiacie przystankowej:
Mam wspólnika do paszy:)
Po posiłku pakowanko, mogę ruszać. Odpoczynek zrobię na grzbiecie Chwaniowa:
Jak to na Chwaniowie, dżungla. Była chwila z motankiem, przedzieranie się przez jeżyny również. Co muszę przyznać, nie pamiętam kiedy jadłem tak słodkie jeżyny jak tutaj. Z ulgą docieram do drogi, która sprowadzi mnie do Roztoki:
Arłamów jak na dłoni:
Na Przełęczy Roztoka/519 m/:
Przed podejściem na Bzianą, tam zamierzam zakończyć dzień, tradycyjnie idę do gospodarza po wodę, po czym ostatnia prosta przede mną:
Na miejscu jestem jeszcze za dnia. Przy takich warunkach jakie mam, miejsce na nocleg jest mmmmmmmm...
Wieczorem nie omieszkałem posiedzieć trochę z garnuchem gorącej herbaty z cytryną:

Jestem sam, w lasach ryczą jelenie, delektuję się napojem i sezamkami, nie mówiąc o kanapkach z powidłami, które dostałem od dobrych ludzi:

normalnie finezja...dobranoc.

 23.09.2020 

Bziana 578 m n.p.m. - Posada Rybotycka

Nocleg na Bzianej zaliczam do tych godniejszych. O dziwo, zwlokłem się  na wschód słońca. Pogórze Przemyskie budzi się:
Powoli trza się godzić z faktem, że imprezę mam już górki. Dzisiejsze śniadanie jest najlepsze, bo  widoki na Chwaniów:
Nie chce mi się pakować, w takim błogostanie mógłbym tkwić na wieki. Niestety, Bircza na mnie czeka. Poza tym, worek mnie się pruje!
Ok, dobytek spakowany. Czas w drogę. Jest sielsko i pogórzańsko. Schodzę do cywilizacji, Leszczawa Górna:
Tu się trochę motam, po jakimś czasie łapię właściwy kierunek. Przekraczam potok Stupnica i do Przełęczy Nad Łomną /452 m/:
Mijam skrzyżowanie szlaków:
Znajduje się tutaj również słupek  XI stacji drogi krzyżowej:
Jest coś na rzeczy, do Birczy idę w takim wariancie:
Nad tym odcinkiem nie ma o czym pisać, poza mijanymi słupkami drogi krzyżowej. Przy pierwszych zabudowaniach Birczy robi się ciekawiej. Zatrzymuję się przed tą malowniczo położoną chatynką. Wiekowa bidula, ale z charakterem:
Minęła 12-sta, wkraczam do miasta:
Centrum jest jeszcze niżej. Zasadniczo odwiedzam w Birczy bankomat, celem podjęcia środków płatniczych i wbijam do baru na obiad. Po posiłku ruszam w dalszą drogę. Niestety, dzisiaj na Kopystańkę raczej nie mam szans:
W drodze na Chomińskie 468 m n.p.m., awaria mostu:
Cały czas asfalt, to nie jest trasa dla amatorów :) Czas na pejzaż pogórzański:
I już jest, już widzę. Chomińskie /468 m/ i wieża widokowa:
Długo nie bawię na wzgórzu. Odwiedzam miejsce pamięci żołnierzy w Bitwie pod Birczą:
I kierunek Posada Rybotycka:
Zanim wkroczę w strefę asfaltu, pocieszam się widokiem na Kopystańkę/541 m/:
Łodzinka Górna, kapliczka św. Jana Nepomucena 1904 r. na tle PGR-owskiej ruiny:
Dalsza trasa wiedzie asfaltem do Posady Rybotyckiej. Już prawie na miejscu, rzeka Wiar:
I pojawia się budynek z napisem noclegi. Wbijam po wodę i pytam czy noclegi to aktualna sprawa. Okazuje się, że nie. Ale mieszkaniec domu wskazuje mnie miejsce naprzeciwko przy białej przyczepie campingowej. Jest spory plac na namiot. Zostawiłem tu klamoty i poszedłem do cerkwi. No i jestem. Stoję przed murowaną, obronną cerkwią p.w. św. Onufrego. To najstarsza zachowana cerkiew w Polsce:
Krzątając się, dostrzegam opuszczony budynek, to greckokatolicka plebania:
Uwagę zwraca zadbana i obszerna weranda:

A ja się martwiłem o nocleg. Sprawdzam się na 300 metrów do przyczepy campingowej i za chwilę wracam z dobytkiem. To był dobry pomysł, w nocy chwilę padało. 

24.09.2020 

 Posada Rybotycka - Przemyśl

W nocy padało. Z noclegiem na werandzie to był strzał "w dyszkie". Przede mną ostatni etap wędrówki. Tę opuszczoną plebanię notuję w kajecie jako znakomita miejscówka. Sprawnie ogarniam bajzel i opuszczam Posadę Rybotycką. Czas na Kopystańkę. Na widok betonki Maciej Maleńczuk mi się przypomina: "Gad po betonce kamaszami stuka..."
Sprzęt mnie zaparował:
Jeszcze tylko przez zimowity się przebić:
I melduję się na szczycie, Kopystańka 541 m n.p.m.:
Chwilę spędzam na szczycie. Uwielbiam Kopystańkę, nie wyobrażam sobie być na Pogórzu Przemyskim i nie zajrzeć na ten bardzo piękny szczyt. Szedłem kilka dni, aby posiedzieć kwadrans na szczycie. Zaobserwowałem ze szczytu pasące się konie. Kończę przerwę, schodzę:
Zaglądam do koni:
Wracam do szlaku. Konie przez jakiś czas towarzyszyły mi, idąc za mną. Zacząłem się obawiać, że mogą uciec, albo coś takiego. Ale nie, to mądre zwierzęta, doszły do pewnego odcinka i dalej ani rusz. Wróciły na swoje pastwisko. Z tego wszystkiego jorgnąłem się, że nie zajrzałem do cerkwi. Trudno, wpadnę następnym razem. Kulam do Brylińców:
Na szlaku, eksploatacja lasu ma się dobrze:
Przez Brylińce "przelatuję". Po drodze znajoma z wcześniejszej imprezy kapliczka przydrożna:
Za chwilę odbiję do grzbietu. Widok na neogotycki kościół z 1905 roku w Rokszycach:
Przemyśl chodzi mi po głowie. Podążam do grzbietu, wypatruję połączenia z niebieskim szlakiem. Jest, postój planowany w miejscu gdzie niebieski szlak odbija do Koniuszy:
Ruszam w drogę:
Tej kapliczki nie pamiętam:
Wapielnica 394 m n.p.m., czas na "małe 5":
Za chwilę wtaczam się na trasę forteczną. No i doczekałem się, widzę Przemyśl:
Ale spokojnie, w związku z głodem, który mnie doskwiera, krokiem równym i tempem miarowym docieram do "punktu żywieniowego" :) znajdujący się o 25 minut od kropki końcowej:
Jak to się mówi, co nagle to po diable. Chwilę posiedziałem w barze, tym bardziej było miło, bo obsługiwała mnie bardzo sympatyczna barmanka, to co się będę gorączkował. Na mnie czas, przede mną zejście. Ruszam, tak fajnie mnie się schodzi, że przegapiam odbicie czerwonego szlaku i schodzę do tego miejsca:
Wracam przez park. Za chwilę dotrę do szlaku:
Zamek Kazimierzowski:
Już na właściwych torach:
Jest godzina 16.55, melduję się przy kropie końcowej:
Stały rytuał, za cudowne ocalenie :)
Jestem bardzo mile zaskoczony, koniec szlaku jest przy budynku przemyskiego o/PTTK, który na dodatek serwuje nocleg. Ponadto, owy oddział jest położony w bardzo atrakcyjnym miejscu, wszędzie jest blisko. Korzystam z oferty noclegowej, ani mi w głowie szukać czegoś innego. Na przejście szlaku, który w podstawowej wersji mierzy 79 km/za mapa-turystyczna.pl/miałem tydzień, dlatego odbiłem na niebieski Szlak Ikon. Z kilku rzeczy jestem bardzo zadowolony podczas przejścia: Ulucz, Kopystańka i Posada Rybotycka. Bardzo miłym zaskoczeniem okazał się szlak z Dobrej Szlacheckiej przez Lachawę do Krecowa. Te trzy kapliczki w środku lasu są dla mnie czymś, z czym jeszcze się nie spotkałem. Nie wszystko dało się ogarnąć, szkoda mi bardzo, że tak szybko opuściłem Mrzygłód. Ale, to nie jest tak, że byłem pierwszy i ostatni raz. Ma to swój plus, jest po co wracać. Relację kończę "Uluczem", którym jestem zachwycony:


25.09.2020

 Przemyśl - Wrocław

Do domu wracam "Malczewskim". O 5.24 wyjechałem z Przemyśla, w zdrowiu dotarłem około godziny 13-stej. 

Dziękuję za uwagę.

Komentarze

  1. Nie moje klimaty, ale kilka miejsc mi się podoba. Ekipę młodzieży, którą spotkałeś, można określić kulturalną. Żeby nie było, sporo takich można spotkać, ale Ci "inni" robią opinię.

    Gość jak zobaczył Twoje śniadanie, to myślał, że to porcja dla kilku osób. A Ty go szybko na ziemię sprowadziłeś ;)

    Brakło mi tylko jakiegoś ogniska z kiełbasą, chyba że przeoczyłem.

    Pogodę miałeś rewelacyjną, zazdroszczę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ognisko miałem tylko w Siemuszowej w czasie imprezy. Podłączyłem się około 1 w nocy jak już młodzież się rozjeżdżała. Aha, było niestety bez giętej :))

      Usuń
  2. 1. Widzę, żeś Pan był w mojem mieście. I jak to tak, nie wystąpiłeś Pan o permit na trawers pogórzy mojej okolycy?
    2. Z kontekstu wnioskuję, że jechałeś Neobusem. Prócz opcji kolej i wspomniana firma jest jeszcze opcja busik. Ale to z drugiego dworca. Dworzec nosi nazwę lokalny, a wyglądem może zawstydzić ten główny w Rzeszowie, firma busików to Marcel. Jadą bez niepotrzebnych logistycznych przerw prosto do Sanoka. Z tego co kojarzę to wariant najszybszy. Kolej nadkłada drogi przez Jasło i Krosno, a Neobus ma tę przerwę przesiadkową w Niebylcu.
    3. Młodzież faktycznie pokazała prawdziwą klasę.
    4. Czy Kopystańka to najwyższe wzniesienie na Pogórzu Przemyskim?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękować, przyjrzę się Marcelowi. Co do Kopystańki, przewodnik Krycińskiego "mówi" o właściwym Pogórzu Przemyskim, którego Kopystańka jest najwyższym szczytem. Jest jeszcze Suchy Obycz 618 m n.p.m., który jest uznawany za najwyższy szczyt.

      Usuń
  3. Solidna wędrówka. Posadę chciałem we wrześniu sam zwiedzić, ale zabrakło czasu. No i mam potwierdzenie, że pod względem cerkiewnym to bardzo atrakcyjna okolica!

    OdpowiedzUsuń
  4. No cóż...jak zwykle. Klasa! ;-)
    W kwestii klimatów wokół cerkwi prawosławnych w pełni się zgadzam, też mam podobnie. Też lubię tam uspokoić wewnętrznego ducha ;-)
    Dla mnie to zupełnie nieznane tereny, więc tym bardziej ciekawa relacja.

    Pozdro Północy

    Satan

    OdpowiedzUsuń
  5. Sądząc po obszerności poszczególnych części tej jakże wciągającej relacji powiedziałbym raczej, że to był Szlak Ikon z małym dodatkiem szlaku Przemysko-Sanockiego, a nie na odwrót ;).

    Z biwaków dla mnie nr 1 to weranda w Posadzie Rybotyckiej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś jest w tym co piszesz. Samo przejście S P-S, byłoby mniej atrakcyjne. Kwatera w Posadzie Rybotyckiej zrobiła mnie ogromne wrażenie.

      Usuń
  6. Fajna trasa, tereny zupełnie mi nieznane. Widzę po zdjęciach, że szlaki mało uczęszczane, co ma dla mnie znaczenie. Miejscówek pod namiot w opór, szkoda tylko, że tak daleko.

    Trzeba było tę Corvettę pożyczyć, na asfalt jak znalazł. :) Worek będziesz serwisować, czy trafia do galerii sław?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak kojarzę ten plecak z recenzji i jego historii, to szewc już na nim zarobił więcej, niż producent gdy sprzedawał :D

      Usuń
    2. Menel za dużo tych burżujskich kaszanek napakował, to i szwy puściły. Wziąłby zgodnie z ideologią l&f 2 batoniki i chińskacza, wszystko by grało. ;))

      Usuń
    3. Worek jeszcze posłuży. Dopóty nic z niego nie wylata, dopóki będzie ciorany.

      Usuń
  7. Wspaniały , cichy szlak na przyszłoroczny długi weekend - dzięki za pomysła . Ale wyczuwam tam klimaty niskobeskidzkie . Pozdrawiam Dynidor

    OdpowiedzUsuń
  8. Kolejna super relacja !!! Tylko pozazdrościć pobytu. Rzeczywiście TE 3 Kapliczki w lesie wymiatają. Jak bardzo bym chciał TAM być.
    Gratuluje imprezy i zdrówka życzę. :-))

    OdpowiedzUsuń

Publikowanie komentarza