Zapomniany szlak Brzeźnica - Kacwin 2018 by menel



Jestem po przejściu kolejnego szlaku długodystansowego znaczonego kolorem niebieskim. To chyba najmniej znany szlak długodystansowy w polskich Beskidach. To dla mnie o tyle ważna rzecz, że jest przedostatnim szlakiem, który został mnie do skompletowania długodystansowych szlaków w polskich Beskidach.
Odłogiem leży jeszcze Mały Szlak Beskidzki, na który czas się zbliża. Twierdzę, że robić takie trasy najlepiej jest samemu, to i teraz nie odbiegłem od tej zasady. Zacznę jednak nietypowo kapkę. Otóż, w ramach wstępniaka pamiątka z Roztocza, na którym wcześniej byczyłem się dni kilka. Wybaczcie jakość zdjęcia, ale to focia z telefonu...



Podjąłem się kolejnego przejścia długodystansowego, padło na blisko 144 kilometrowy odcinek /za mapą turystyczną/ Brzeźnica - Kacwin. O szlaku jest bardzo niewiele. Uważam, że jest chyba najbardziej zapomnianym szlakiem, nad czym ubolewam. I żeby jasne też było, ma on również słabsze strony, o czym w relacji. Szlak wiedzie przez :

- Pogórze Wielickie
- Beskid Makowski
- Beskid Wyspowy
- Gorce
- fragment Kotliny Orawsko - Nowotarskiej
- Magura Spiska

Podczas przejścia nie spotkałem ani jednego "plecaka", nie licząc dosłownie kilku osób w wariancie "turysta niedzielny" podczas ataku np. na Lanckorońską Górę 535 m npm. Zdecydowanie bardziej rzucali się w oczy zwolennicy rowerów górskich. Poza tym, dawno nie byłem na poważniejszym szlajanku, co odbiło się na wadze mojego plecaka. Zabrałem kilka niepotrzebnych rzeczy, np. drugi obiektyw, bluzę z PS, ze trzy koszulki, waciak, po jaki ch** to wziąłem, bladego pojęcia nie mam po dziś dzień. Waruneczki trafiłem w miarę względne. Na tym kończę lanie wody i zapraszam do relacji.

Dzień I   Pogórze Wielickie

14.09.2018
 Brzeźnica - Indra


Wracając z Dagą z Roztocza wstąpiliśmy jeszcze na jeden dzień do Sandomierza, ot tak, w ramach resetu. Wracając do domu, szefowa odstawia mnie przy dworcu kolejowym w Brzeźnicy. Tu się zaczyna/kończy niebieski szlak do/z Kacwina. Dworzec w proszku. Zanim się pożegnam obcinam na szafę czy wszystko zabrałem, waga worka mi mówi, że chyba przegiąłem z ekwipunkiem. Całuski na drogę i obieram kierunek na Marcyporębę, Dagmara zapodaje do Wrocławia. Mimo, że dworzec w budowie, kropa początkowa mruga do mnie. Parę minut po 13-tej, Start!!


W powietrzu wisi zlewa. Początek szlaku to asfalt, trochę to irytujące, ale nic to.. nikt nie mówił, że będzie łatwo. Uwijam się aby wyjść z mieściny. W niecałą godzinę zbliżam się do Marcyporęby. Po drodze miło, jabłek pojadłem. W Marcy porębie motyw jest taki:

- stare chałupki => sklep spożywczy => OSP w Marcyporębie => kościół św. Marcina z XVII w.


Robi mnie się lepiej. Pozostałe atrakcje odpuszczam. Szlak wiedzie niewinną ścieżyną obok kościoła, łoję. Ściecha wyprowadza na "peryferie", robi się ciekawiej zdecydowanie. Obcinka na kościół św. Marcina:


A foteczkę robię obok kapliczki słupowej, których jest trochę na szlaku :


Za chwil kilka wkroczę ponownie w strefę asfaltu, kręcę na Bachorowice, po lewej stronie towarzyszy mnie widok Pogórza Wielickiego - Pasmo Draboża. Dochodzę do odbicia drogi i uwalę się na parę minut w wiacie przystanku autobusowego, po ludzku pomyślana wiata - jest gdzie usiąść, no i opad niestraszny. Zlewa wisi nadal w powietrzu :


Przede mną podejście na Trawną Górę. Podają różne wysokości, a to 421 m npm, a to 461 m npm.


Pierwszy szczycik okazuje się być przepiękny widokowo. Filuję oczami wyobraźni czekając na zlewę :


Uwalony w pięknej scenerii, tu nawet z "kapci wyskoczyłem", obok przy drodze jest ławka, ja zaległem w trawie:


Zbieram się, w rejonie przysiółka Zalas zaczyna kropić. Zdążyłem jeszcze uchwycić kapliczkę stojącą na prywatnej posesji i zwijam się. Przede mną Draboż 432 m npm. Zanim ogarnę ten szczyt czeka mnie zejście do przełęczy Zapusta, która dzieli pasmo na dwie części. Na szczycie Draboża ma powstać wieża widokowa.


Schodzę do przysiółka Drabóż, zaczyna padać. Na szczęście tuż po wyjściu z lasu stoi wiata. Zasiadam wobec tego na dłuższą chwilę z opcją nawet przenocowania w niej:


Po jakimś czasie opad jest na tyle mały, że postanawiam kontynuować marsz dalej. Po drodze spotykam lokalnych grzybiarzy. Jako, że na mapie znalazłem "Oazę Szczęśliwości" byłem przekonany, że to jakieś agro. I tu niestety lokalni grzybiarze wyprowadzają mnie z błędu :

- panie! Oni tam na diety jeżdżą! Co to za oaza, gdzie nawet dobrze zjeść nie można.

Babka ujęła temat w dyszkie. Pośmialiśmy się, życząc sobie dużo zdrowia i dobrych posiłków rozstaliśmy się w przednich nastrojach, a mnie uświadomili, że raczej noclegu tam nie uświadczę. Pod drodze kolejna kapliczka :


Chwilowo przestało padać. Łypię w mapkie, godzina już nieciekawa, zaraz zacznie się ściemniać. Nie ma się co zastanawiać, moralnie się nastawiam na dalszy spacer do Zebrzydowic w opcji asfalt. Po drodze w nowo wybudowanej świetlicy wiejskiej sympatczne panie robiące porządki zatankowały mnie dwa pety wody. Teraz mogę szukać spania. Czuję w moczu, że z namiotu dzisiaj guzik wyjdzie. Jestem w Przytkowicach. Przed przejściem na przystanek kolejowy jest sklep spożywczy. Wbijam na puszkie imperialistycznego chłamu, do tego dwa banany na chęć życia i pytam gościa gdzie się normalnie wyśpię. Słyszę:

- INDRA, tam najtaniej.

Z opisu trasy wynika, że mam po drodze. Dziękując za info wyciągam z "kielni" plecaka czołóweczkę. Jest podła aura. Ciemno, duszno i do tego mgliście. Oświetlenie okolicy leży jak plan pięcioletni. Gdzieś tam jaki kaganek "tli" się na pomarańczowo. Przechodzę przez jezdnię w kierunku przystanku kolejowego, nurkuję w gąszcz. Trzymam się wąskiej ścieżyny, która jest wyłożona kwadratową płytką chodnikową na dwa. Widzę jakiś licho oświetlony "klondike" - lokalna młodzież piwkuje, jest spokojnie, jest szacunek dla zgreda z szafą na plecach. ;-) Przeskakuję mostek, jestem po drugiej mańce Skawinki, dalej trzymam się kursu "bez betonkę". Szef w sklepie jasno i konkretnie tłumaczył, idę cały czas niebieskim szlakiem. Dochodzę do asfaltu i w lewo. Jest jak w angielskim horrorze. Ciemno, mgliście i na dodatek te "pomarańczowe lampki". Gubię odbicie do góry. Robię cofkę. Po drodze widzę ktoś wychodzi z chaty. Pytam jak do Indry? Na moje szczęście staję przed odbiciem szlaku niebieskiego do góry. Jest to bardzo wąska ścieżynka między domami, którą można przegapić w takim warunku. Może inaczej, ja przegapiłem. Gospodarz mi mówi:

- do góry szlakiem nie ma sensu. Idź prosto w dół, będzie szybciej. Tam masz jakie 1,5 km.

Posłuchałem. Polazłem asfaltem wg wskazań gospodarza. Po ponad 20 minutach docieram do celu, mijam szlak, co mnie uspokoiło, kawałek pod górkę i odbicie do Indry. Właścicielka uraczyła mnie pokojem z łazienką w cenie 40 zyla. W czasie rozmowy okazało się, że jej syn jedzie do miasta po zakupy, poprosiłem o zakup litra imperialistycznego chłamu, za który piernąłem całe 3,79 zyla z paragonem do rąsi. I w tak pięknych okolicznościach uwaliłem się w fotelu sącząc napój, mmmmmmmmm.  A wieczorem zaczęło lać na dobre. Zatem czas na kąpiel następnie ugotowałem kakao z chili i sen.

Dzień II    Pogórze Wielickie / Beskid Makowski

15.09.2018

Indra - Nad Przełęczą Sanguszki


Leje. No to ładnie zaczynam. Z okna obcinam na Kalwarię Zebrzydowską :


Salto na tapczan, odpocznę kapkę. Po 9.00 zaczynam jakie pakowanko, ogarniam chaos. Dzisiejszy dzień czarno widzę. Około godziny 10-tej lekko kropi. Zawijam się. Żegnam się z właścicielką i dochodząc do szlaku zaczyna mocniej padać. Około 10 minut później widzę ogromniastą kapliczkę, trudno, tam przeczekam.


Znowu zaczyna lać. Około godziny 11-tej "prawie" nie pada. Koło kaplicy kręcił się paw :


Pawia nie ma, polazł sobie, deszczu prawie nie ma. Idę. Nie ma co. Tutaj znowu hardcore, czyli asfalt do miasta Brody i zmiłuj nie ma. Szlak niebieski dosłownie przed tablicą Kalwaria Zebrzydowska odbija w lewo prowadząc zakamarem do dworca kolejowego:


I tutaj kolejne zdziwienie. Pojawia się kolejna niebieska kropa. Czyżby kiedyś szlak niebieski zaczynał/kończył się na stacji kolejowej Kalwaria Zebrzydowska Lanckorona? Ki czort karty daje?


Idę w lewiznę, jak na Palczę. Przy pierwszym skrzyżowaniu szlak się urywa. Akurat na mapie jest dobrze ogarnięty temat i przed sklepem spożywczym jest ściecha w lewo. Tą ściechą trza iść :


Po ok. 100m jest stare oznaczenie szlaku na słupie. To już droga na Capią Górę 376 m :


A przede mną poważne podejście na Lanckorońską Górę 545 m:


Jest po opadzie, błota jak w Beskidzie Niskim, utytłany jestem już po kolana, ale... się przejaśnia, psia jego mać! Zasapany kapkę prawie u celu, ogrodzenie willi "Zamek":


Jeszcze trochę i melduję się na szczycie. Wcześniej plecak zostawiam w wiacie i należy zajrzeć do ruin zamku lanckorońskiego, bastionu konfederatów barskich :


W wiacie natomiast syf, nasi tu byli!


Schodzę do rynku, trochę się tam krzątając :


Z racji dosyć sporej grupy zwiedzających zrobiłem wycof, dalej łoję asfaltem.


Opuszczam Lanckoronę:


Asfaltu zostało ze 2 km, po czym wkraczam w las. Zanim dotrę do kaplicy św. Michała przy której są również mogiły konfederatów barskich to chwilę odsapnę w miejscu gdzie mogę korzystać z widoków pięknie położonej Lanckorony z kościołem p.w.  św. Jana Chrzciciela w roli głównej na płd stoku Góry Lanckorońskiej :


Za ok. kwadrans będę przy kapliczce św. Michała i grobach konfederatów po klęsce w bitwie z 23.05.1771 r., miejsce zwane Las Groby:


Po kolejnej przerwie ruszam dalej. Wychodząc z lasu jest kolejny powód do postoju. Musiałem zrzucić klamota i nacieszyć się Pasmem Barnasiówki oraz Lubomira I Łysiny :


Jako, że szlak wykręca niemal 180 stopni toczę się do grzbietu Kopytówki 549 m., z której widoki również zachwycają, łoję kapitalną stroną mocy, z lewej strony towarzyszy mi grzbiet Pasma Babicy. Zbliżam się do Przełęczy Sanguszka, wcześniej krzyż ku pamięci konfederatów barskich. Schodzę na przełęcz. Idę kości rozprostować do wiaty przystankowej. Przełęcz Sanguszki, znajduje się tutaj obelisk, który przypomina o patronach inwestycji – C. K. Namiestniku K. Badenim oraz Marszałku Krajowym Ks. E. Sanguszko :


Kilkaset metrów dalej w kierunku Sułkowic znajduje się inny kamienny obelisk, ale tam nie szedłem. Na nocleg gramolę się do góry. Beskid Makowski wita mnie zacnie! Docieram do miejsca gdzie upatrzyłem sobie plac na namiot. Widzę, że jest dwóch panów, właściciele tego terenu. Pytam, czy mogę się rozbić z namiotem na nocleg? Żadnego problemu, zasugerowali nawet aby kawałek dalej zapodać, będę bardziej osłonięty od wiatru. Skorzystałem. Po zachodzie słońca leżąc uwalony w namiocie widzę "myśliwego" z "pukawką". Już ci! Idzie po mnie! Pogadaliśmy chwilę i ....

Przełęcz Sanguszki by night:


Sen mnie łamie.. odpadam.

Dzień III

16.09.2018

Przełęcz Sanguszki - Jordanów, camping "Strumyk" / Beskid Makowski


Ranek wita mnie czadem. Wszystko wskazuje na to, że dzisiaj mam pogodę w opcji Dżilet. Na dzień dobry micha się cieszy. Przełęcz Sanguszki tonie we mgle. Śniadanko w takich okolicznościach nie w kij dmuchał.


Nie spieszę się, słońce zaczyna operować to podsuszy wilgotny od rosy namiot. Podczas śniadania dociera do mnie bardzo wyraźnie, że wszystkie drogi prowadzą do Jordanowa. Przecież niedawno tam byłem, teraz idę innym wariantem. W trakcie porannego posiłku mija mnie lokalna rodzina, która wybrała się na grzyby. Nie minęła godzina a do samochodu wraca gościu z pełnym wiadrem. Pytam, kiego grzyba? On mnie na to, że jeszcze do lasu nie wlazł i musi opróżnić wiadro! W Małopolsce ogromny wysyp grzybów podczas gdy w Sudetach sucho i nie ma nawet muchomorów. Kończę śniadanko i filuję w mapkie. Rządzę w Beskidzie Średnim. Pakuję bałagan. Przede mną fantastyczny odcinek na /cytując klasyka/, "kioskową" górę ;-), ale po kolei. Opuszczam miejsce biwaku, łoję początkowo asfaltem w kierunku Krowiej Góry. Mijam zabudowania i szlak odbija w prawo. Po drodze spotykam oryginalnie wykonaną kapliczkę :


Na drzwiczkach tejże "wydziargana" jest modlitwa, dla mnie coś nowego i mile zaskakującego. Docieram na Krowią Górę 618 m. Bardzo przyjemne miejsce na nocleg w dobrym waruneczku i widokiem na Beskid Żywiecki :


Schodzę do krzyżówki szlaków, czarnego, niebieskiego i czerwonego/MSB/. Operuję w Paśmie Babicy.


Zanim zacznę zdobywać Pasmo Koskowej Góry schodzę do Bieńkówki. Po drodze widzę ostatnie podrygi tej jakże kameralnej chałupki :


Prochu nie odkryję pisząc, że Beskid Makowski, czy też Średni jest wielce kameralny, żeby nie rzec, że jest w pyte :


W Bieńkówce odbijam kawałek od szlaku, widzę wiatę przystankową w opcji "high end". Skoro jest tak pięknie to golnę puszeczkę imperialistycznego chłamu.. dla ochłody. Jest niedziela, sącząc napój widzę zbliża się jakaś dziewczynka przyodziana w strój regionalny, mówiła jak się nazywa, a ja z racji podeszłego już wieku normalnie.. zapomniałem :


A przede mną Pasmo Koskowej Góry. Zabudowania Bieńkówki już za mną i ponownie wkraczam w las. Jest wypłaszczenie, jest ławka i jest woda. Zrzucam klamota, przed podejściem wolę się wzmocnić, czyli czas na coś gorącego, oczywiście kakao w roli głównej do tego szczypta makaronu, dwie łyżki/od zupy/ cukru, bawię się na całego stać mnie i przy okazji namiot dosuszę :


Laba się kończy. Muszę przyznać, że podejście jest tak w tyłek dające, że aż piękne. Sapiąc w drodze do celu mam jasność, zaczynają się poważne podejścia i pomimo ośmiuset metrów z górką żartów nie ma. Jestem zdaje mnie się za półmetkiem, robię odpoczynek na ławeczce. W terenie grzybiarzy od groma, przeważnie społeczność lokalna. O jednym obrzydliwym nawyku muszę napisać, otóż grzybiarze idąc na grzyby biorą także jak stały ekwipunek czteropak piwa, później puste puszki wyrzucają w krzaki. Wygląda to fatalnie. A ja kończąc odpoczynek zarzucam bagaż na ostatnie podejście mam nadzieję. Przed wyjściem z lasu taki piękny widok dodający siły :


Wychodzę na łąki, teraz mam pełny obraz piękna Beskidu Makowskiego, czacha dymi. Docieram do kapliczki, ale uwalam się kawałek dalej w trawie. Jestem pod Koskową Górą. Na drodze jest trochę samochodów.


Po ok. kwadransie zbieram się. Podszczytowy trawers, temat zad urywa :


Na szczyt nie idę, ciężar worka nie motywuje mnie, a przechadzka partią podszczytową zaspokaja moje oczekiwania. Co piękne szybko się kończy. Ponownie toczę się leśną ścieżką. Trafiam na źródełko, pod świerkiem :


Kwadrans się należy. Wydobywam z plecaka plastikowy ultralekki kubek i pozwalam sobie na kilka chwilę luksusu. Sącząc wodę pomocną nadchodzi pewna pani, zapewne to lokalna starszyzna i rozmawiamy chwilę przy źródle. Ta sympatyczna starowinka opowiedziała mi taką rzecz:
"To bardzo zdrowa woda. Starszyzna zamieszkująca ten rejon bardzo sobie ceni tę wodę. Schorowani niektórzy staruszkowie, będący już na łożu śmierci mają ostatnie życzenie. Otóż, chcą się napić wody z takiego źródła, bo wierzą, że da im to jakąś ulgę, przywróci apetyt. Odmówić takiej osobie nie wypada. Niektórym nie chce się iść do takiego źródła i nabierają wodę ze normalnego ujęcia mówiąc, że to z tego źródła właśnie." Trochę babunię rozumiem, miło sobie gaworząc nabieram jeszcze jeden kuban, warto. Sens słów Franciszka Kotuli " woda pomocna" jest jak najbardziej trafiony. To był dla mnie bardzo cenny odpoczynek. Niby dziura w ziemi wypełniona wodą. Żegnam się i idziemy każdy w swoją stronę. Jakąś chwilę rozmyślam jeszcze o spotkaniu z babcią. Dalej się toczę lasem. Schodząc z Magurki witam Skomielną Czarną, a raczej jej peryferie. Kolejne podejście na Groń dające popalić. Za mną Magurka 787 m npm :


W drodze na Groń spotykam fanów motorów. Po ostatnim opadzie deszczu kałuże i błota po zbóju. Docieram do miejsca gdzie krzyżują się szlaki niebieski i zielony. I tu niestety popełniam bardzo zły błąd. Zapomniałem odbić do kaplicy na Groniu, jorgnąłem się dopiero tutaj :


No coż, niefart. Ponowne zejście, tym razem Zarębki, nie wiem tylko, czy to część Łętowni?


Mam do pokonania jeszcze zbocze Łysej Góry i Jordanów wita! Tutaj jednak quady rządzą. Aha, wcześniej jednak mam już wizję dnia następnego. Beskid Wyspowy mruga do mnie.


Ja już nieco zmęczony docieram do terenów pastwiskowych. Ktoś tu zamarzł zimą :


Mijam też tabliczkę ostrzegającą przed psami pasterskimi, mnie na szczęście ominął ten luksus. Tymczasem Jordanów wita mnie ciepło!


Docieram do centrum. Sklepy pozamykane, ale mam farta. Monopolowy na rogu jest zawsze otwarty. Wbijam na chipsy, mega pakę wziąłem i colą to popiwszy - niebo w gębie.. Jest po godzinie 19-stej. Na schodkach sklepu uwalony delektuję się smakiem zielonej cebulki popitej imperialistycznym chłamem - mmmmmmm, delicje! A najlepsza jest chałwa z mozarellą, ten zestaw przerabiałem przed Kacwinem, bo nie było kiedy pomidora kupić. Teraz czas na "ostatnią prostą" - Strumyk. Idę jak do siebie mając w pamięci nocleg podczas przejścia GSB. W restauracji zamawiam kwaśnicę z pieczywem, rosół i schabowego w pakiecie, tu się nie ma co oszukiwać. Nocleg bz., dycha za namiot. Rozbiłem się już po ciemku. Następnie prysznic i.. hop do namiotu. Ufff, jak dobrze. "Strumyk" w Jordanowie to miejsce, które dodaje otuchy. Dobranoc.


Dzień IV

17.09.2018 Beskid Wyspowy

Jordanów, camping"Strumyk" - Rabka, agro " Pokoje u Łucji"


Ranek przyzwoity, jednakże waruneczki gorsze niż z niedzieli. Na śniadanko zarzucam pieczywo zaoszczędzone z wczorajszej kwaśnicy - pięć kanapek starczy. Zanim zasiądę do śniadania leci kuban zielonej herbaty na się nie starzenie. Do tego obcinam w mapę, co na dzisiaj orientacyjnie, ile za mną, a ile przede mną. Lubię tak. Po śniadanku szorowanko szuflady i trza się pakować, bo czas nie ch**, nie stoi. opuszczam camp, szlak prowadzi do Naprawy. Trochę asfaltu na chęć życia, mam też taki drogowskaz :


Jeszcze chwila i już zostawiam Naprawę, Jordanów. A "Babcia" dostojna, jak zawsze:


Już z oddali widziałem to dziwadło, jakże zdumiony byłem gdy łoiłem centralnie przez ten teren, pytając pracownika czy mogę do drogi przejść :


Zanim zacznę mozolne podejście na Luboń Mały należy mi się kwaśnica w tym zajeździe i powiem Wam, że tak pysznej kwaśnicy z tak poważną wkładką dawno nie jadłem, już wiem, że jak będę w okolicy to znajdę chwilę na posiłek tutaj :


Opuszczam zajazd i zaczyna się podejście. Mijam osiedle Mały Luboń. Po drodze mała checa z psem i jej właścicielką na tzw. spacerze. Psisko wilczuropodobne ujada, się szarpie a pani tego psa usprawiedliwia się, że kijów trekingowych się boi. Gdybym miał "klamkę" to miałbym poważny problem kogo odstrzelić, psa czy właściciela? Jestem zdania, że bezmózgom powinno się zabronić pod karą więzienia posiadania nawet.. kota. A ja docieram na miejsce odpoczynku, małe 5 się należy :


Dalej kapkę widzę taki kamień z wydziarganą datą 1772, wiecie coś na ten temat?


Jestem na zachodnim grzbiecie Lubonia, Mały Luboń 869 m npm... przeszedłem nawet nie wiem kiedy, jakby strata niewielka, bo moim oczom ukazuje się rozległa polana. To Polana Surówki - nazwa pochodzi od nazwiska. Inna nazwa to Krzysie. Znajduje się tutaj kilka domów. Do jednego udałem się po wodę, właściciel pozwolił nabrać wody ze studni. Miło było zanurzyć japę w wiadrze! Potem oczywiście czas na "duże 10" :


Pora na ostatni odcinek, czyli do schroniska Na Luboniu Wielkim. Po drodze mijam miejsce tragedii śmigłowca Mi-2 w 1985 roku.


Podczas podejścia po raz kolejny ortlery sprawdzają się wyśmienicie. Docieram na szczyt, Luboń Wielki 1022 m npm., chwila zadumy nad Beskidem Wyspowym :


Zasiadam na zewnątrz i idę zamówić jedną ze specjalności tego schroniska, bigos. Tak wstrętnego bigosu nie jadłem chyba nigdy. Na dzień dobry jestem schroniskiem zniesmaczony, ale co tam.. zaraz i tak se pójdę. Dostałem do tego plastikowy garnuch, który przytuliłem na końcowy rytuał. Zestaw długodystansowca: :)


Samo schronisko podoba mi się, ma to coś :


Natomiast jedna rzecz zaskoczyła mnie na maksa. Otóż budynek wieży przekaźnikowej jest cały.. w goncie!


I jeszcze foteczka z cyklu "samotność długodystansowca" , można pęc z tej fraszki :


Na nocleg tu nie zostaję, szkoda mi dnia, jest zbyt wcześnie. Schodzę do Rabki. Podczas zejścia klnę w żywy kamień, chyba wolę jednak podejścia. Stromizna już za mną, pojawia się cywilizacja :


Muszę przyznać, szlak niebieski wprowadza do Rabki bardzo zaskakująco, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Miałem przyjemność poznać bardziej dziką część okolic tego kurortu. Cień mam długi, to jeszcze dam radę połazić.


Rabka Zaryte, za chwilę kołuję w okolice Królewskiej Góry :


Przede mną podejście, przy nieco ciężkim worku odczuwam skutki. Okolica w sam raz na wyrównanie oddechu :


Za chwilę szlak wyprowadzi mnie na bardzo klimatyczne polany. Nawet się zastanawiałem, czy nie uwalić się np. na Królewskiej Górze na nocleg. Tam ci wieża widokowa i niezapomniany widok na Luboń Wielki 1022 m npm :


Znajduję się na bardzo kameralnym "kawałku" pomiędzy Królewską Górą 588 m npm a Grzbieniem 679 m npm, naprawdę wzruszający teren. Niebawem schodzę do Rabki, tu już żartów nie ma. Zaczynam się zastanawiać nad jakimś spaniem, nie zarezerwowałem wcześniej noclegu to trza jeszcze chwilę podreptać. Rabka po raz kolejny nie zawodzi. Mam do wyboru dwa miejsca, "Światowid" i "Pokoje u Łucji". Na mój zmęczony rozum postawiłem na "Pokoje u Łucji" przy ul. Słonecznej. Za 4 dychy wtaczam się pokoju z łazienką, TV. Odświeżony miło wbić się w świeżą pościel. Franek do mnie dzwoni, pogadawszy chwilę chlipnąłem gorącą herbatę i udałem się w objęcia Morfeusza. Jutro Gorce, zaś wiadro potu przy podejściu pod Turbacz. Dobranoc.

Dzień V

18.09.2018

Rabka, agro "Pokoje u Łucji" - schronisko PTTK "Na Turbaczu" / Gorce


Na noc okno zostawiłem otwarte. Rześki poranek budzi mnie. Zwlekam zwłoki z wyra i borę się za śniadanie. Później ogarniam bajzel, pakowanko i wymarsz, zaraz wbijam w Gorce. Początek trasy to standardowo asfalt, mijam szkołę podstawową, przed którą zaczyna się młyn, przechodzę na drugą stronę ulicy i instaluję się na chwilę w wiacie przystankowej. W koszu lądują m.in. moje skarpety, które już są tak dziurawe, że nie ma co łatać. Zapodaję dalej. Przede mną Olszówka. Szlak odbija z asfaltu w lewą stronę, nabieram wysokości i od razu klimat robi się czujny. Pławię się w luksusie i dochodzę do miejsca gdzie szlak się urywa. Ostatni dom na grzbiecie. Na wprost prowadzi szlak narciarski a mój odbija w lewo, który nie jest oznakowany. Należy iść tą ścieżką ok. 100 m do krzyżówki z asfaltową drogą lokalną. Tam się znajduje duży kamień z informacją, że to droga Karola Wojtyły i asfalcikiem w dół dojdziemy do Olszówki.


W Olszówce wbijam do sklepu rozprostować kości, przy okazji golnąć kefiru popartego bananem. Z Olszówki zaś podejście. Na dzień dobry w oczy się rzuca przyjemna bacóweczka w stanie dobrym, ale w razie awarii możemy liczyć tylko na werandę, o ile ktoś psem nie poszczuje.


Jako, że nie spotkałem się ani razu z wrogością lokalnych mieszkańców, to myślę, że nikt nie będzie robił afery, że ktoś ma życzenie przespać się na werandzie. Dalsza przechadzka utrzymuje mnie w pewności, że teren jest w pyte. Kolejna szopa po drodze :


Zaraz będę schodzić do Poręby Wielkiej, a obiad zamierzam trącić na polu namiotowym w Koninkach na terenie GPN. W********cy odcinek Poręba Wielka => Koninki to asfalt, więc rozprawiać nie bardzo jest nad czym.


Po drodze widzę ogromny afisz, z którego właściciel obiektu zaprasza na domowe pierogi, dałem się złapać - do 23.09 jest na urlopie, a żeby go! Już przy końcówce męki przez asfalt /osiedle Filipy/ zachodzę do sklepu wlewając w siebie kefir i wodę mineralną. Dalej to już fraszka. Mam żal do siebie, że nie posiedziałem pół godziny dłużej przed sklepem, gdyż ponieważ musiałem uiścić opłatę wejściową na Teren GPN w kwocie 4 zyla, a uprzejma pani sprzedając mnie wejściówkę zaraz zamknęła swój "kram" mówiąc, że musi coś załatwić, ja natomiast na teren GPN kołuję biedniejszy o 4 pln-y. Uwalam się w wiacie na polu namiotowym, które jest bardzo klimatyczne i niedrogie. Do dyspozycji WC płatne 1 zyla w opcji automat wrzutowy. Wodę czerpałem z kranu gdzie jest informacja, że woda do celów gospodarczych. Nie ma informacji czy jest zdatna bądź niezdatna do picia. Zatem zalałem pełny garnek wody do celów przemysłowych i poszedłem coś ugotować, bo czeka mnie poważne podejście i nie wypada wchodzić na czczo.


Podreperowany moralnie zostawiam zbędny balast w postaci wypalonego już kartusza, który notabene towarzyszy mi od przejścia Rudnej Magistrali, pakuję bajzel i ruszam krokiem równym i tempem miarowym. Podejście naprawdę godne polecenia. Na Polanie Średnie robię odpoczynek:


Kontynuuję marsz. Po drodze zawijam do źródełka, docieram na Czoło Turbacza 1259 m npm. Tutaj jest taka ciekawostka. Otóż na jednej ze skał jest inskrypcja.


Kazimierz Sosnowski w przewodniku z 1926 roku pisze :

"Na górnym brzegu tego kamienia porosłe mchem litery tworzą czytelny jeszcze napis : Koldras Lacki, a obok zatarta data 17.. i druga dość wyraźna 1833. Co ów napis oznacza, trudno dociec. Wieść niesie, że obozował tu Kazimierz Pułaski z Konfederatami barskimi, którzy wyryli ten napis ku pamięci towarzysza, co w tem ustroniu z ran i wyczerpania życie zakończył."

Ja tymczasem idę w kierunku schroniska zasiadając jeszcze na chwilę przy ołtarzu polowym, pławiąc się w ciszy. Czoło Turbacza 1259 m npm i Hala Turbacz :


Docieram nieco styrany do schroniska PTTK "Na Turbaczu". Idę do kuchni, dojście tutaj dało trochę po nogach - ponad kilometr podejścia. Pora już taka, że iść dalej nie bardzo jest sens. Pytam o miejsce na nocleg i w odpowiedzi słyszę :

- jest luz, są miejsca.

Na pytanie czy mam szansę na pokój dla siebie, dostaję odpowiedź, że nie ma problemu! Przecierając oczy ze zdumienia i pytając czy dobrze słyszę, "biorę" pokój nr 11 i idę się zainstolawać po pysznym posiłku. Pokój mam z widokiem na Halę Długą. wieczorem przed zamknięciem bufetu wziąłem duże fryty i wyszedłem na zewnątrz. Pokręciłem się jeszcze i poszedłem na pokoje. Sen mnie łamie.


Dzień VI   Gorce, fragment Kotliny Orawsko - Nowotarskiej, Spisz

  19.09.2018

Schronisko PTTK "Na Turbaczu" - Nad Trybszem


Rankiem, okiem przez okno łypiąc, widzę łowców wschodu słońca,którzy wylegli "na pole". Ja padłem jeszcze w pościel aby nacieszyć się luksusem. Bufet otwierają o ósmej więc bez pośpiechu zacząłem się pakować. Podoba mi się to w tym schronisku, że przed otwarciem bufetu można posiedzieć w jadalni, Zająłem miejsce przy oknie aby widokiem na Tatry się nacieszyć. Widoki wprawdzie marne bo mgliło, ale zawsze to coś. Na śniadanie zamówiłem jajecznicę na maśle i naleśniki z serem, nie jest dobrze na głodnego chodzić. Idę do Łopusznej. Przy zejściu zaś klnę. Taki widok napawa mnie obrzydzeniem :


A tu jeszcze jakieś stare szlakowskazy :


Na Bukowinie Waksmundzkiej żegnam szlak zielony i kontynuuję temat zejściowy, strasznie mnie to wpienia. Jesień już jest "czuta" :


Za chwilę będę w przysiółku Łopusznej - Zarębek Wyżni :


Z kolei do Zarębka Średniego zejście niemal w pionie. Przekraczam Łopuszankę :


I szast, prast.. Zarębek Niżni wita :


W związku z tym, ż teraz łoję asfaltem i po stole, wyskakuję z ciężkiego obuwia i przyodziewam sandały, stać mnie. Kieruję się do centrum Łopusznej, po drodze mijam krzyż Gobrowski następnie budynek Izby Pamięci ks. prof. Józefa Tischnera. Powoli żegnam Gorce, teraz zaczynam lichą część tego szlaku. Do Harklowej jest w miarę ciekawie. Po drodze taka kapliczka:


Przez most przekraczam Dunajec :


I Harklowa wita, piękny kościół parafialny Narodzenia NMP zbudowany ok. 1500 roku na miejscu poprzedniej świątyni.


Nieopodal kościoła znajduje się kapliczka Matki Boskiej postawionej w 1905 roku po pożarze, który pochłonął znaczną część wsi.


Przede mną zdecydowanie nudny odcinek. Do końca imprezy jeszcze 10,5 godziny wg szlaku:


Daję dyla na drugą stronę ulicy i tak jakby rządzę w Kotlinie Orawsko - Nowotarskiej. Łoję z lacza i paluchem w nosie, obcinam na Wdżar 767 m npm, pierwszy szczyt Pienin :


A ja się tłukę dalej do Nowej Białej.


Gdzieś tam się uwalam na odpoczynek. W końcu upragniona Nowa Biała:


Jako, że przy szlaku jest sklep z widokiem na "centrum" zasiadam pod parasolami na chwilę odpoczynku. Ruszam. Dalej asfalt, a tu jeszcze ok. dwie godziny mordęgi. Odskocznią jest Rezerwat Przełom Białki. Wbijam od drugiego parkingu, na pierwszym coś mi nie pasowało. Na parkingu miła pani, zostawiam plecak pod jej powiedzmy opiekę. Robię sobie pół godziny resetu :


Wracając na parking zauważam, że Obłazowa jest okupowana przez wspinaczy. Niezły plac na nocleg :


Jestem ponownie na parkingu, dziękując pani za opiekę rozmawiamy jeszcze przez chwilę i jakoś temat schodzi na wiarę. Zawsze się w coś wp******ę.. ;-) Pani widząc moją szafę mówi w dobrej wierze, żebym jakiego stopa złapał do Trybsza, bo to niedaleko, ja z kolei odparłem, że w piesze wędrówki wierzę... i masz, zaczęło się. Fajnie się rozmawia, ale ja muszę iść bo mnie noc zastanie. Do Trybsza parę kilometrów asfaltem, krew mnie zaleje. Zgrzytając zębami z nerwów zastanawiam się po jakiego grzyba znakować szlak asfaltem? Ponownie przekraczam Białkę :


Tia, gruba ryba wkarcza na Spisz! Trybsz wita!


Wizyta w sklepie, muszę golnąć bo mnie smali. Na zwiedzanie Trybsza nie mam sił, daruję sobie. Po drodze łoję we framugę do gospodarza celem nabrania wody do petów. I teraz Szanowni Czytelnicy jest tak, odbijam w ul. Zacisze z lewej manieczki ujada parszywy kundel, a ja rozpoczynam podejście na grzbiecie którego wybaczam znakarzom "drogę krzyżową asfaltem". Zawsze tu nie byłem, na płn widzę Gorce, na płd Tatry. Tak, tu się uwalam :


Rozbiłem się pomiędzy kotą 716 m npm a 818 m npm. Długo nie marudzę, szybka kolacja i sen. Mimo zmęczenia spałem czujnie.

Dzień VII

 20.09.2018

Nad Trybszem - Kacwin - Wrocław / Spisz



Często się budziłem w nocy. Zaczęło świtać, wylazłem na wschód słońca, z widokiem na Pieniny w środku Grandeus 795 m npm. Na śniadanie robię kakao i do tego makaron. To niezły zestaw. Po posiłku wylegam z namiotu i widzę, że ktoś jedzie samochodem. Chwila sympatycznej rozmowy, gość mnie uprzedza przed niedźwiedziem, który ponoć się po okolicy kręci. Nie widziałem, nie słyszałem. Pomyślałem, że może chce mnie wystraszyć, później się okaże, że chyba jednak nie. Gość, życząc mi udanej wycieki jedzie dalej, ja zaczynam zwijać bajzel.


Opuszczam miejsce bardzo kameralnego biwaku. Dalsza trasa to po prostu bajka z takim klimatem, dodatkowo panorama Tatr w gratisie, po prostu cudo!


Docieram na miejsce odpoczynku na Wierchowinie 963 m npm, stół obity blachą, niezły patent :


Kręce w kierunku Pawlikowskiego Wierchu 1016 mając wcześniej zupełnie przyjemny widok na Czarną Górę z kompleksem narciarskim. Idę i chłonę :


Szlak na szczyt nie prowadzi. Przecina natomiast szlak czerwony, który wiedzie w kierunku szczytu. Ja z kolei wbijam do przysiółka Pawliki. Jedno z najwyżej położonych osiedli w Polsce, ok. 950 m npm., tam ci budowa na całego:


Teraz aby do Przełęczy Łapszanka. Po drodze "punkt kontrolny", nie chcę, ale muszę. Jest tak pięknie, że grzechem by było się nie uwalić na kwadrans. Definicja wolności po mojemu: ;-))


W drodze na Łapszankę :


Docieram na miejsce odpoczynku /rower nie mój/ :


Długo nie siedzę. Mimo, że to piękne miejsce, widok na Tatry zamglony. Idzie zmiana pogody, z kolei przy kapliczce robi się jarmark, trzy busy i kupa ludu, nawet nie ma jak fotki pstryknąć. Nie, nie, moja aspołeczna natura nie pozwala mi brać udział w tym cyrku, idę dalej parę metrów asfaltem i odbijam w prawo. Przez jakiś czas "dziurawe" płyty betonowe potem kawałek granicą, jest wszystko. Docieram na Pieskowy Wierch 980 m npm, jest tu marna wiatunia, zawsze to jednak coś :


Czeka mnie teraz przechadzka lasem, dosyć długi i trochę nużący odcinek w opcji góra dół. Tutaj też spotykam ślady niedźwiedzia, czujność wzrosła, zmęczenie minęło. Kończąc leśną eskapadę, wychodzę na końcówkę trasy :


Bliskość mety jest złudne, jeszcze Kunia 756 m npm, chaszczowanka kapkę i zbliżam się na ostatnią prostą, taaaaa:


Widok na Pieniny zapadnie w mojej pamięci. Niestety, wędrówka dobiega końca. Schodzę do Kacwina. Przy kropie końcowej melduję się o 14.18, mając na koncie przedostatni szlak długodystansowy w polskich Beskidach.


Idąc do Kacwina usłyszałem, że z tejże mieścinki jest ciężko się wydostać, co wg mojego uznania jest bzdurą maksymalną. Nie zdążyłem wejść do sklepu gdy nadjechał bus do New Targu i stamtąd autobusem ewakuowałem się do Wro. Kończąc relację, jeżeli przydługa, przepraszam. Inaczej nie umiałem.

W ramach post scriptum.

Kilka uwag technicznych:

+ Beskid Makowski mnie zachwycił, m.in. rejon Koskowej Góry to temat dla mnie do kolejnej penetracji
+ Spisz również
+ "Strumyk" w Jordanowie to miejsce idealne na odpoczynek przy długodystansowych przejściach z namiotem, tanio i komfortowo
+ zakamary Rabki na niebieskim szlaku, super sprawa
+ fantastycznie "pociągnięty" szlak z Jordanowa do Rabki, szczególnie w końcówce


- początek szlaku - asfaltu od groma
- odcinek Harklowa - Trybsz, dużo asfaltu, przez co odcinek zajeżdża dłużyzną
- ilość zabranej zbędnej odzieży, wtopiłem

Zwyczajem jest, że z końcem imprezy należy golnąć zawartość puszki imperialistycznego chłamu , co też czynię:


Dziękuję za uwagę.

Komentarze

  1. Jak oceniasz szlak na przejechanie go na rowerze górskim? Ja z długodystansowych szlaków mam w górskim CV GSS oraz MSB rowerem. ☺️

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skadi, fachowcem rowerowym nie jestem, muszę to zaznaczyć, ale pomysł jest super. Na trasie spotykałem "góroli". Jak kopię w pamięci mogą być ze trzy tematy trudniejsze: podjazd w Pasmo Koskowej Góry, Odcinek od Łapszanki, tam jest taki fragment dziki w opcji góra - dół, w sensie, że dosyć wąsko i krzaczasto dla roweru. Skoro MSB zdobyłaś na rowerze, ten nie powinien stanowić problemu. O ile podejmiesz wyzwanie, już teraz życzę dobrej pogody na Spiszu i w Beskidzie Makowskim, będzie Pani zadowolona. :)

      Usuń
  2. Obelisk Ks. Sanguszki na Przełęczy obecnie jest odnawiany, a kilkaset metrów niżej to nie jest pomnik jak pisałeś ale źródełko, które bodajże dwa lata temu zostało odnowione i czasami nawet wypływała z niego woda.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzisiaj razem z kolegą ukończyliśmy ten szlak - zajęło nam to, podobnie jak Tobie, siedem dni. Nie byłem na 100% pewny co do tej trasy, ale teraz mogę powiedzieć, że okazała się jednym z najprzyjemniejszych doświadczeń w mojej górskiej "karierze". Szlak wiedzie przez bardzo ciekawe i bardzo różnorodne rejony - krajobrazy zmieniają się z każdym dniem. Uważam, że bardzo fajnie wchodzi się w ten szlak - niemalże na własnych butach opuszcza się cywilizację aby później chłonąć z każdym dniem coraz bardziej monumentalną naturę. Uderza mnie też kameralność tej trasy - innych turystów mało - tylko na krzyżówkach z innymi szlakami. Polecam każdemu szukającemu wyciszenia.

    Jeszcze odnośnie Twojego opisu szlaku - bardzo mi się podobał i uważam, że świetnie oddaje to, co dzieje się na każdym etapie trasy. Lubię to, jak podchodzisz to łażenia po górach - zero zadęcia, dużo humoru i fajnej, osobistej refleksji. Jeszcze raz wielkie dzięki za ten tekst - on przypieczętował decyzję o wyborze Brzeznica-Kacwin. Było super!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za dobre słowo. Tym bardziej jest mi miło, że po mojej lekturze podjąłeś decyzję o przejściu tego szlaku. Miałem podobne rozterki jadąc do Brzeźnicy na rozpoczęcie i również mnie zachwycił. Wyjątkowego smaczku dodaje fakt, że to zapomniany, ale piękny szlak. Menelsko pozdrawiam :),

      D.

      Usuń
  4. To jest jeden ze szlaków które kiedyś muszę przejść. Zaczyn blisko mojego miejsca zamieszkania i prosto w góry:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Baaardzo warto :) Obyś tylko trafił w pogodę, co podniesie atrakcyjność szlaku. Uważam, że ten szlak jest godny przejścia.

      Usuń

Prześlij komentarz